legalize it!

Posted by By: elffaran

Sobotni poranek, mężuś uruchamia radio i serwuje audycję „ranni politycy”. Normalnie mam podejrzenia, że on to robi celowo, serwując mi polityków zamiast kawy. Dziś ciśnienie podniosła mi poseł Marzena Wróbel, Solidarna Polska. Dyskusja o legalizacji posiadania marihuany na własny użytek, a pani poseł z całą mocą stwierdza, że posiadającego marihuanę trzeba ukarać, nie za marihuanę, ale za to, że nastaje na własne zdrowie.

Jednostka nie ma znaczenia, znaczenie ma kolektyw, jeśli jednostka nastaje na swoje zdrowie lub życie, należy jednostkę ukarać, gdyż chciała popsuć coś, co w istocie należy nie do niej, a do kolektywu. Taki punkt widzenia reprezentują religie o podłożu konfucjańskim, judaistycznym i chrześcijańskim, taki punkt widzenia jest charakterystyczny dla Azji i Bliskiego Wschodu. Taki punkt widzenia reprezentuje nasze prawo, nie tylko odnośnie narkotyków, również odnośnie samobójstwa. Taki punkt widzenia reprezentuje w Polsce polityka społeczna, rodzinna i zdrowotna(o tym może jeszcze kiedyś będzie jak mi się frustracja obniży do poziomu umożliwiającego napisanie coś zrozumiałego a nie steku sarkastycznych złośliwości.) W Polsce zakłada się, że jednostka jest zbyt głupia by podejmować decyzje o samej sobie.

Zerwanie z takim punktem widzenia doprowadziło do rewolucji przemysłowej i technologicznej, gdyż jednostka mogła oderwać się od kolektywu, wyemigrować do miasta i zacząć wykonywać zawód  inny niż przodkowie.

Oczywiście społeczeństwo powinno być zainteresowane, żeby jednostka nie robiła sobie krzywdy, ale społeczeństwo powinno w takich kwestiach motywować, a nie karać. Byt kolektywny nie wie, czy dla konkretnej jednostki palenie marihuany jest lepszym czy gorszym sposobem na frustrację niż alkohol, dziwki czy agresja i czy w wykonaniu tej konkretnej jednostki marihuana przyniesie społeczeństwu więcej czy mniej strat niż cokolwiek innego.

Pies

Posted by By: elffaran

obudzony fajerwerkami w noworoczną noc poleciał do ogrodu kontemplować widoki. W przyszłym roku pewnie na wigilię zagada, żeby mu kupić petardy, coby też mógł postrzelać. Koty, również obudzone, polazły skontrolować stan misek. Jak co roku nie rozumiem rozkręcania akcji w rodzaju „mam psa, nie mam fajerwerków”. Różne czworonogi miałam, niektóre noworocznej nocy nie lubiły, ale jakoś żaden konwulsji nie dostawał. Petardy na zewnątrz nie robią więcej hałasu niż rozkręcony tv wewnątrz, to może akcja „mam psa, nie używam telewizora”?. Nie strzelam, bo mi szkoda pieniędzy na puszczanie ognia panu bogu w okno, i to zasłonięte. Niemniej co roku lubię popatrzeć na to, co inni zakupili na zmarnowanie.
Zresztą te akcje chyba obliczone są wyłącznie na wysyłanie sobie obrazków z internetu. Fajnie jest mieć takie wystrzałowe święto raz do roku. (ale do szału doprowadzają mnie osobniki strzelające 2 tygodnie przed i 2 po nowym roku, i to w biały dzień, mam wtedy ochotę takiemu wsadzić petardę w odwłok i odpalić)

Jak się ma dzieci i koty na pokładzie

Posted by By: elffaran

to się ma tak:

cosleeping i pan dżdżownica

Posted by By: elffaran

Człowiek buszując w sieci dowiaduje się różnych ciekawych rzeczy, np dowiaduje się, że wcale nie jest leniwcem, który śpi z dzieckiem, bo mu się wstawać w nocy nie chce. Jestem odpowiedzialnym rodzicem, który w ramach rodzicielstwa bliskości uprawia cosleeping. Od razu to lepiej brzmi. A tak serio spanie wspólne z dzieckiem wygląda o wiele lepiej w teorii niż w praktyce.

Najpierw przynosimy takie małe, bezbronne coś, co krztusi się przez sen i jest oczywiste, że śpimy razem, przynajmniej dla mnie było oczywiste, bo akurat sen mam lekki i spanie obok dziecka daje szanse interweniowania, gdyby się coś działo. Owszem, mlekopij kilka razy zakrztusił mi się własną śliną w pierwszych dniach naprawdę paskudnie. Tempo w jakim człowiek wybudza się w takiej sytuacji jest imponujące, żadna kawa tak nie działa. No ale, na początku układa się taką małą kruszynkę na specjalnym posłaniu z wałeczków utrzymujących malucha w pożądanej pozycji na boku. Nakrywa się malucha osobnym kocykiem i idzie spać obok. Jest super, do karmienia wystarczy wygrzebać malucha z jego posłania i przenieść na chwilę pod swoją kołdrę, da się to zrobić nie wystawiając nogi spod kołdry. Po jakiś 2 tygodniach maluch ogłasza strajk względem rzeczonych wałków, chce spać na wznak i już. A kocyk wykopuje prosto na swoją buźkę. Tym samym likwidujemy posłanko i dzielimy się z malcem własną kołdrą oraz przestrzenią spaniową. W dodatku przez sen cały czas przytrzymujemy kołdrę, aby małe było przykryte, ale z otworem gębowym ponad kołdrą. Uczymy się budzić, kiedy małe zsunie się całe pod kołdrę. Chwilę potem małe załapuje katar gigant i kończy się spanie na płaskim. Materac zostaje złamany w połowie i podniesiony mniej więcej na 45 stopni. Młode zadowolone śpi na skosie i nie dusi się od kataru, dorosły śpi w pozycji siedzącej i każdego ranka modli się, żeby kręgosłup jeszcze trochę wytrzymał. Po jakiś trzech tygodniach katar przechodzi a rodzicowi jest już wszystko jedno w jakiej pozycji śpi, może i na stojąco. No ale, rozpłaszczamy materac z powrotem, stwierdzając przy okazji, że jest już porządnie opluty przez malucha.

Na płaskim standardowej wielkości niemowlę okazuje się zajmować całe, dwuosobowe łóżko. Zostaje nam jakieś 15cm na brzegu i analogiczny skrawek kołdry. No ale przysypiamy na tym skrawku, dbając o wygodę dziecka i staranie pilnując żeby to ono było przykryte. Tymczasem mlekopij okazuje się ósmym wcieleniem dżdżownicy i mimo, że jeszcze nie raczkuje nawet, to przez sen pełza po całym łóżku do momentu, aż namaca rodzica. Po czym człowiek zostaje obudzony dostając małą łapką w nos, albo w oko.

Tym samym rozpoczęliśmy akcję „każdy kocha swoje łóżeczko”

A dla zachowania równowagi psychicznej
… i don’t do drugs, i get high on baby hugs

zabawki a sposób na życie

Posted by By: elffaran

Z okazji zbliżających się świąt jest już wysyp zabawek w sklepach. Od jakiegoś czasu zakup zabawek jest dla mnie traumą, bo bynajmniej nie wystarczy kupić coś, co jest fajne, rozwijające, estetyczne. Nie, trzeba kupić coś, co jest modne, co wpisuje się w aktualne trendy w przedszkolu lub szkole. Rany, jak ja w takich momentach tęsknię do siermiężnych czasów PRL, gdzie wybór był mniej więcej między plastikowym fiatem 125p (miałam, w kolorze niebieskim), a polonezem z podobnego plastiku, tudzież między lalką krakowianką, a taką samą w innym stroju lokalnym. Szybki rzut oka na eksponowane półki ujawnił, że w tym roku panuje chyba (??) moda na plastikowe chomiki, oraz osprzęt dla nich (zjeżdżalnie i inne gadżety). No ale ja nie o tych chomikach chciałam…

Półki sklepowe są podzielone na skupiska pastelowo różowe oraz kolorowo niebiesko czarne. Jak łatwo się domyślić, podział jest według płci. Pastelowe garnki i czerwono-czarna imitacja wiertarki, tak mniej więcej to się dzieli. Patrząc na ten podział zaczęłam sobie uświadamiać, że pełnia zabawkowej traumy jeszcze przede mną, mały mlekopij przestanie być mlekopijem i trzeba będzie zacząć mu kupować zabawki. O ile dziewczynce bez oporów kupiłabym zarówno owe garki jak i wiertarkę, to jednak w przypadku chłopca zawaham się raczej przy kupnie zabawek dla dziewczynek z obawy przez społęczną stygmatyzacją. Podobna zależność dotyczy także ubrań – dziewczyna w chłopięcej bluzie – no problem, chłopiec w różowych cekinach, ooo to już co innego z punktu widzenia społeczeństwa.

Idąc dalej tym tropem, obecnie w naszym kręgu kulturowym dziewczynki/kobiety mają większy wybór ścieżek, ale być może dlatego są to ścieżki krótsze. Oczywiście są takie, które przebiją szklany sufit, ale zdecydowania większość odpuści gdzieś po drodze i zgubi się w tłumie. Tymczasem chłopcy celów akceptowanych kulturowo mają zdecydowanie mniej, ale na tych drogach mogą osiągnąć więcej niż dziewczynki. Co jest lepsze?