kołysanki

Posted by By: elffaran

Nie zrozumie doniosłości dla kultury kołysanek tudzież muzyki klasycznej ktoś, kto nie ma dzieci. Nic nie działa tak dobrze na nerwy rodzica skołatane ciągłym wysłuchiwaniem mendzenia, jak odrobina muzyki klasycznej zagłuszająca małego monsterka (ale młode tak jak ja nie przepada za Chopinem, walić narodową poprawność, Bach po prostu jest lepszy). Przy odpowiednio wysokim poziomie desperacji sprawdzają się też kołysanki, dzięki nim rodzic może zahipnotyzować samego siebie i nie oszaleć w pomieszczeniu z ciągłym zawodzeniem w tle (małemu te kołysanki to i tak rybka, to rodzic musi się jakoś uspokoić).

zdążyć z pomocą

Posted by By: elffaran

Fundacja „zdążyć z pomocą” budzi u mnie mieszane uczucia. Mieszane, bo z jednej strony – robią coś bardzo ważnego, odwołując się do ludzkiej solidarności w ratowaniu dzieci, z drugiej strony – wpłaca się na subkonta podopiecznych, wybierając konkretne dziecko, co oznacza, że wszystko zależy od operatywności rodziców, ich umiejętności rozpropagowania swojego problemu, trafienia np do znanych blogerów. A co z dziećmi, które nie mają aż tak aktywnych rodziców, dobrze odnajdujących się w świecie mediów społecznościowych? Jednak zanim zaczynam się oburzać, przypominam sobie prostą zasadę psychologii społecznej – nie pomagamy anonimowo, tam gdzie jest tłum i brak więzi, nie ma pomocy. Tak więc fundacja zbierając „na fundację” zrobi niewiele, a mogąc zobaczyć konkretne dzieci i ich historie człowiek reaguje inaczej niż na ogólne nieszczęście tego świata.

Zaglądam tam co jakiś czas, najczęściej właśnie po linku z jakiejś popularnej strony, czasem (rzadko, bo w gruncie rzeczy to straszne miejsce) sama z siebie, z nadziei, że takich ludzi jak ja jest więcej i skoro pomagam mając zdrowe dziecko, to może ktoś pomoże mi jeśli (oby nigdy!) dziecko zachoruje.

To napisania tego co piszę, skłoniła mnie historia małej Natalki. Natalka ma to szczęście, że jej rodzice ewidentnie są operatywni i potrafią walczyć o małą, ale ma też tego pecha, że w jej schorzeniu czas odgrywa bardzo dużą rolę. Albo lekarze zdążą jej powiększyć czaszkę, albo może stracić swoją szansę, a to i tak dopiero początek serii operacji w zespole Aperta. Serii operacji, które mogą dać dziecku szansę na w miarę normalne życie.

Patrzę na mojego malucha i myślę, że to musi być niewyobrażalnie straszne wiedzieć, że masz tylko 3 miesiące na nazbieranie całkiem sporej kwoty na pierwszą operację. Musi być naprawdę straszne, dla rodziców, którzy potrafią tak pisać o małej. Mogłabym napisać, że z punktu widzenia psychologii społecznej to jak przedstawiają sprawę, to mistrzostwo świata, ale – ważniejsze jest, że w takiej sytuacji niemal każdy próbował by się wybić na to mistrzostwo, bo co więcej można zrobić?

wakacje 2009 – Simi

Posted by By: elffaran

Ten cykl jeszcze nie został porzucony, o nie. Zwłaszcza, że w tym roku bardzo mi doskwierał brak „prawdziwych” wakacji i przede wszystkim morza. Wakacje bez morza to nie wakacje.

A na Simi morza jest dostatek :) . To finalnie była jedyna zorganizowana wycieczka, na której wykupienie się zdecydowaliśmy i dobrze, bo sami na Simi byśmy się nie wybrali (wymagało to trochę wysiłku organizacyjnego), a widoki i na samym Simi i w drodze do absolutnie niepowtarzalne.

Oczywiście zaczęło się od tego, że spóźniliśmy się na autokar (bo pomyliliśmy miejsce, gdzie mieliśmy czekać, grunt to wakacyjna beztroska), ale panie były tak miłe, że nas znalazły i zapakowały do autobusu. Kolejny plus na ludzi zatrudnianych przez organizatora.

Podróż na Simi z portu Rodos to przeżycie samo w sobie. Na górnym pokładzie promu siedzą wyłącznie turyści i nie dziwne, bo już w połowie drogi ci turyści przypominają lekko podsmażone rybki – spieczone i świecące się od potu. Niemniej – przynajmniej w jedną stronę warto siedzieć na górze i gapić się na okolicę. Warto też zadbać, żeby było gdzie siedzieć, bo na początku miejsc niby jest dużo, wszyscy zwisają przy relingach podziwiając widoki, ale w miarę upływu czasu zaczyna się desperackie poszukiwanie miejsca, gdzie by posadzić swój zadek, najlepiej w cieniu (hehe, jakim cieniu, linki cienia nie rzucają, a nic więcej na górnym pokładzie nie ma).

Pierwszy przystanek w Panormitis – 18-nasto wieczny klasztor i 19-sto wieczna wieża zegarowa – jedno i drugie z morza wygląda trochę jak rysunek, zwłaszcza wieża, trudno uwierzyć, że ktoś zbudował wieżę wyglądającą jak ilustracja bajki dla dzieci. Okienka klasztoru zasłonięte okiennicami tez wyglądają jak narysowane. Przy klasztorze (nadal zamieszkałym) jest muzeum nie-wiadomo-czego, oraz czynna cerkiew (akurat odbywał się chrzest). Klasztor jest z z jakiegoś powodu celem pielgrzymek, ale z jakiego? Chyba coś z morzem, bo i w muzeum są różności wyrzucone przez morze (chyba, w sumie zapamiętałam tylko, że były tam kły słonia, bo to mam na zdjęciu).

Panormitis

No ale główną atrakcją Simi, jest samo miasto Simi, położone na górach nad zatoką, w której jest port. Miasteczko jest piękne, taka gigantyczna starówka, tyle, że ułożona piętrowo niczym gigantyczny tort.

Simi

Od razu pomyślałam sobie, że życie w takim miejscu musi być przerąbane jak w ruskim czołgu lufą do środka. Wszędzie, ale to absolutnie wszędzie masz pod górkę, wszystko jedno czy do sklepu, czy na spacer, czy za przeproszeniem do kibla, bo domki w większości są małe i piętrowe. Z bliska widać dwie rzeczy – po pierwsze obok niemal każdego domu jest śmietnisko. Jak wszędzie masz po schodach, to nie wywozisz starej lodówki, tylko ją wystawiasz obok domu i udajesz, że tak miało być. Po drugie – dużo domów jest opuszczonych, część już częściowo zawalona. Jeśli wierzyć oficjalnej stronie wyspy to kiedyś mieszkało na wyspie 25000 ludzi, obecnie 2500, niezła zmiana. Przewodniczka wspominała, że Simi jest restaurowane z pieniędzy UE, ale nawet jeśli odbudują te domy, to jak je wykorzystać? W takiej okolicy można co najwyżej wczasy odchudzające organizować, zapomnijcie o wygodnych hotelach z basenami. Zresztą na Simi nawet nie wolno takich budować (w sumie to na szczęście, bo przy odpowiednio dużej kasie to by po prostu zniwelowali ten teren razem z domkami).

W mieście Simi byliśmy kilka godzin, przewodniczka machnęła łapką w górę, że tam wysoko jest ciekawy monastyr.

monastyrNo i kto polazł na samą górę, no kto? Monastyr, do którego z trudem udało się nam dostać po labiryncie schodków, okazał się i tak zamknięty (jedyny zamknięty na jaki trafiliśmy w czasie tego urlopu, ale o monastyrach jeszcze będzie), za to droga na górę i widok z góry – wart wysiłku sam z siebie. Tego akurat zdjęcia nie pokażą.

schodki

A jak doszliśmy na górę, okazało się, że na szczyt wiedzie wygodniejsza droga niż schodki, a jakże… Wróciliśmy więc na około, zwiedzając przy okazji tę nieco bardziej płaską część miasta. (Tylko odrobinę bardziej płaską, to znaczy, że schody były na mniejszym skosie i zdarzały się między domami większe place – tylko trochę pochyłe, lub  składające się z jednego, dwu stopni). Ta bardziej płaska okolica jest też bardziej zamieszkana, jak łatwo się domyślić.

Po drodze zrobiłam najlepsze zdjęcie w swoim żywocie, nadal próbuję tę sztukę powtórzyć.

Będąc w Simi nie wiedzieliśmy, że jest tam zamek joannitów i antyczna cytadela. Może i lepiej, bo pewnie nie zdążylibyśmy znaleźć. Widziałam jakieś ruinki, ale zdecydowanie za daleko na spacer.

Poza tym wszamałam jogurt z miodem (w domu dodaję zdecydowanie więcej miodu :) ) i mniej więcej na tym wycieczka się zakończyła. Tylko trzeba było jeszcze zadki dotransportować z powrotem. Nie miałam już żadnej ochoty smażyć się na górnym pokładzie, po wędrówce w pełnym słońcu (tylko durni turyści w tym klimacie łażą po okolicy w dzień)  po niekończących się schodach marzyłam już tylko o spokojnym, cichym, chłodnym miejscu. Ciche miejsce na greckim statku? Zapomnij. Zeszliśmy na dolny pokład, który owszem był przyjemnie schłodzony, za to pełen Greków. Miejsce pełne Greków, jest też pełne ich greckiej ekspresji, które to pojęcie nie zawiera w sobie cichej rozmowy. Jeśli Grek chce coś powiedzieć (a chce zawsze), to robi to głośno, dobitnie, dodając jeszcze sporą dawkę wykrzykników. Zagęszczenie dźwięków było takie, że zasadniczo pewnie dałoby się coś zawiesić w powietrzu. Niemniej jakoś przeżyliśmy.

Aha i jeszcze koty z Simi. Koty na Simi ewidentnie mają swoje prawa. Np mają prawo leżeć na środku ruchliwego chodnika i oczekiwać, że ludzie będą je wymijać i wymijają, a jakże. Te ze zdjęć to pół dzikusy, do których można normalnie podejść i pogłaskać. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego w Polsce.

 

Procentów nas nie uczono

Posted by By: elffaran

Wczoraj współmałżonek lampił się w tv, a ja tak zwanym końcem ucha złowiłam z tejże tv fragment wypowiedzi maturzystki, której na maturze się nie powiodło. Owa panna stwierdziła, że złe wyniki matur z matematyki, to efekt tego, że „procentów nie zdążyliśmy przerobić”. Się zbulwersowałam i małżonek kazał mi usiąć spokojnie :) .

No ja nie wiem jakich procentów nie przerabiali, chyba alkoholowych, bo ułamki dziesiętne to zdaje się nadal dość wcześnie pojawiają się w programie matematyki, bez nich po prostu trudno zrozumieć inne tematy.

Dotąd byłam przeciwnikiem przymusowej matury z matematyki, wychodząc z założenia, że w wieku lat 18 i kawałek człowiek jest dość dorosły i świadomy, żeby podjąć decyzję czego i jak chce się uczyć. Sama matury z matematyki nie zdawałam (mimo bycia na mat-fizie i mimo, że po kilku latach poszłam studiować informatykę), bo rezygnując z matematyki, mogłam nie chodzić do szkoły przez ostatnie pół roku i nadal zdać maturę, a z pewnych przyczyn parę miesięcy do szkoły chodzić nie mogłam. Tak więc – to już jest ten moment życia, kiedy człowiek powinien podejmować decyzję za siebie, źle by było gdyby odgórnie podjęto za mnie decyzję, co muszę zdawać, skazując mnie na niepotrzebne powtarzanie roku. Matematyki na poziomie egzaminu na studia nauczyłam się sama, kiedy potrzebowałam się nauczyć.

No ale po tej wypowiedzi z procentami zastanawiam się, czy egzamin z matematyki nie powinien być warunkiem wydania dowodu osobistego. Pal licho maturę, ale ktoś kto „nie przerabiał procentów” nie rozumie zapewne, że wódka od piwa różni się nie tylko smakiem, nie zrozumie dlaczego za promile traci się prawo jazdy, a o ordynacji wyborczej i podatkowej to już w ogóle nie ma co myśleć.

Izrael wymienił jednego żołnierza na 1027 palestyńskich więźniów.

Posted by By: elffaran

Bardzo mieszane uczucia wywołuje we mnie ta wymiana. Z jednej strony – polityka rozpychania się na palestyńskich ziemiach, jaką uprawiał przez lata Izrael, budziła odruchowe współczucie na biedniejszych i słabszych finansowo i militarnie Palestyńczyków. Z drugiej strony – obecnie wymieniono jednego, porwanego w sposób przestępczy żołnierza izraelskiego (on nie został pojmany w czasie walk, ale porwany z posterunku), na 1027 przestępców skazanych wyrokami sądu. I słowo „przestępca” w niektórych przypadkach powinno być zmienione raczej na „zbrodniarz”, bo wśród zwolnionych (zgodnie z informacjami znalezionymi w sieci) jest człowiek, który porwał mężczyznę z małą córeczką, a nie mogąc uciec przed pościgiem, zastrzelił oboje, wśród zwolnionych jest też kobieta, która chciała wysadzić się w szpitalu, w którym leczono ją i w którym pracowali zarówno żydowscy jak i palestyńscy lekarze. Tacy ludzie nie powinni zostać uwolnieni. Szczerze – mam nadzieję, że szybko zostaną wyłapani z powrotem i tym razem mam nadzieję, że jeśli Hamas spróbuje powtórzyć ten manewr (a moim zdaniem spróbuje bardzo szybko), to Izrael odpowie ostrymi represjami.