ja wysiadam…

Posted by By: elffaran

Telefon od kuriera.

-Nie ma Pani?

Ano nie ma.

Jak spora część populacji tego kraju, przed godziną 18 znajduję się w jednym z licznych miejskich biurowców.

-To może zostawi pani pieniądze sąsiadce i sąsiadka odbierze?

No cóż, jak rozumiem firmy kurierskie żyją w alternatywnej rzeczywistości, gdzie sąsiedzi organizują się w kółka samopomocy celem odebrania samotnych paczek. W mojej rzeczywistości niestety sąsiedzi są zajęci swoimi sprawami, oraz również siedzą w biurowcach. Innych. Albo mają swoje firemki. I generalnie sąsiedzkie związki nie są zbyt rozbudowane. No więc nie dziękuję, sąsiedzi nie odbiorą. Kurier doświadczony jest, zaczyna z wysokiej nuty “to ja zostawię awizo i odbierze Pani na Okęciu” aby gładko przejść do jedynego słusznego rozwiązania “to gdzie Pani pracuje”.

Paczka będzie w pracy. Czyli będę z tym cholernym pudłem jechać przez pół Warszawy cudowną komunikacją miejską, do której nie mogę czasem zmieścić samej siebie, nawet bez pudła.

A dolcegusto ląduje na mojej liście serwisów “nie korzystać nigdy”. A miało być tak pięknie, tyle gadżetów do mojego ekspresika.

Mam dość zakupów wysyłkowych, w sieci zwłaszcza. Tak, to mówię ja. Osoba kupująca “zdalnie” od lat 18 (wtedy to pojawiła się pierwsza firma wysyłkowa w Polsce.) To mówię ja, osoba, która kupiła w sieci sprzęt AGD na spore kwoty i co miesiąc wydawała kilkaset złotych miesięcznie. Mam dość firm kurierskich uważających za naturalne dostarczanie do pracy i awanturujących się, że klienta nie ma przed 16 w domu. Wróć. Jakiego klienta, klientem dla sieci kurierskich są firmy wysyłkowe, odbiorca to zło konieczne. Tyle, że nie lubię się czuć złem koniecznym wydając całkiem spore kwoty. Kupuję masę rzeczy niepotrzebnych, kupuję, bo kupować lubię i chcę, żeby mi zakupy sprawiały przyjemność. Tachanie pudeł do autobusu przyjemności mi nie sprawia. Podobnie jak w pracy nie mam ani czasu ani chęci zajmować się przesyłkami. Jak u licha firmy kurierskie przekonały tysiące Polaków, że przesyłki trzeba odbierać do 16???? Kilka lat temu oczywiste było, ze to dostawca ma się postarać, a teraz – odbiór to mój problem? No way.

Zanim coś kupię, sprawdzam czy wysyłają pocztą polską. Tak, dokładnie tak, pocztą. Bo lubię móc odebrać paczkę niedaleko domu, wtedy kiedy _mi_ pasuje, a nie kiedy akurat kurier przejeżdża. Dla kilku firm robie wyjątki – Animalia ma swoich kurierów jeżdżących nawet w weekendy, podobnie euro AGD. A więc można. A kurierska “siódemka” przerzuca paczki do “nocnych” kurierów, jak dla mnie też ok. Cała reszta firm kurierskich da się, co najwyżej poukładać w rankingu “jak bardzo niemili potrafimy być, jeśli klienta nie ma w domu w godzinach pracy”.

Przez chwilę pojawiały się pomysły, by obsłużyć drobnych klientów poprzez kioski w mieście, ale jak widać – króluje dowożenie pudeł do pracy. Drodzy Polacy – meble zamówione w sieci też zgadzacie się odebrać w pracy? Przecież paczki nie są dostarczane charytatywnie, płacicie za ten dowóz.

Tym razem kurier był miły. GTL w związku, z czym zyska taga “tylko w godzinach pracy, ale starają się rozwiązać problem” zamiast, tak jak konkurencyjny DPD “chamstwo, chamstwo, chamstwo!”. Bo z DPD to naprawdę nie było zabawne. Zaczęło się “jak zwykle” wybraniem stosu ciuszków w Quelle.pl. Po kilku latach zakupów nie spodziewałam się niespodzianek. Quelle wysyłało pocztą. Z pocztą nie mam problemów ( po przygodach z DPD i Quelle to ja KOCHAM pocztę polską i uważam ją za ostoję kultury i postaw proklienckich). Tym razem Quelle wysłało DPD. Po kilku nieprzyjemnych rozmowach z kurierem (ja nie musze dostarczyć, to pani problem żeby odebrać) i centralą (musi pani odebrać w pracy, wszyscy tak robią, jak się nie podoba to odsyłamy), kurier czekał punkt 18 bardzo obrażony. A że rozmowy były nieprzyjemne i na granicy kulturalności, to przy kolejnym zamówieniu zaznaczyłam w komentarzu “proszę nie wysyłać przez DPD, tylko przez pocztę”. Proste i załatwia sprawę, prawda? Nie prawda. W odpowiedzi dostałam maila od Quelle, że tej wielkości paczki wysyłają tylko przez DPD i mam się kontaktować z DPD. A DPD tym razem nie fatygowało się dzwonić, zostawiło awizo. Przez kilka kolejnych dni usiłowałam się skontaktować z DPD i prosiłam Quelle o rozwiązanie problemu. Quelle odpowiedziało, ze to nie ich problem, bo DPD samo ustala, w jakich godzinach jeździ i im to zwisa i powiewa (no oczywiście nie tymi słowami, ale nie wysilali się za bardzo) DPD w osobie kuriera rozdarło się, że pracuje do 16. Przy kolejnym podejściu znów umówił się na 18, na konkretny dzień. Kłusem tego dnia leciałam, co by punkt 18 być i szacownego pana kuriera więcej nie obrażać. Ale się nie pojawił, ani nie zadzwonił, ani karteczki tym razem nie zostawił. A kolejnego dnia zastałam maila od Quelle, ze paczka do nich wróciła i czy mają wysłać ponownie?

-Przez DPD? grzecznie pytam.

-Oczywiście, ten rozmiar paczek tylko przez DPD…

Nie ma to jak być frontem do klienta. Wychodzi na to, że za dużo chciałam kupić. A to przepraszam. Ani tej ani żadnej innej paczki z Quelle już nie chcę. Katalogi lądują w koszu bez przeglądania. Bo w tej sprawie DPD było niekulturalne, jak zwykle (takich ludzi zatrudniają, trudno się mówi), ale to postawa Quelle bardziej mnie bulwersuje. Bo to klientem Quelle byłam w tym układzie. I oczywiście takie wytarte frazy jak „przepraszamy za problem i postaramy się go rozwiązać” przerastają BOK Quelle. Gratulacje, firma już osiągnęła stan, w którym klienci są całkowicie zbędni. Następny etap to zapewne tak jak w przypadku Quelle niemieckiego – bankructwo, czego im całego serca życzę. Cała sprawa kosztowała mnie kilka dni nerwów, sporo nieprzyjemnych maili i rozmów. To nie jest zabawne. I z oboma firmami nie chcę już nigdy mieć do czynienia. Z ciekawości sprawdziłam zresztą czy gdziekolwiek na stronie Quelle jest informacja, że klient ma odebrać paczkę przed 16… nie ma.

W każdym razie – tak ogólnie to ja wysiadam. Zakupy w sieci przestały być wygodniejsze od zakupów w centrach handlowych. Zastanawiające jest, ze ogólnie poziom zakupów w Internecie rośnie.  Być może, dlatego, że obecne pokolenie zakupocholików jest jak niegdyś mieszkańcy PRLu – nie wiedzą, że może być lepiej, a na półkach niekoniecznie musi być tylko ocet. Albo też kupują ludzie w wieku przed korporacyjnym, mający czas czekać na kurierów…

Ciekawe, że e-sklepy problemu nie widzą, bo przecież to właśnie firmy wysyłające doprowadziły do takich właśnie postaw kurierów.

wspomnień trochę z rekrutacji

Posted by By: elffaran

Do skrzynki na goldenline znów trafiają maile od „rekruterów”, w związku z czym przypomniało mi się, że po zmianie pracy miałam napisać kilka zdań uprzejmej opinii o kompetencjach osób z firm pośredniczących z w rekrutacjach. Dziś już oczywiście nie pamiętam wszystkich smaczków, ale ogólne wrażenie i najlepsze rodzynki pozostały w pamięci.

Firma X rekrutująca dla Y. Osoba z X spotyka się ze mną o godzinie powiedzmy 12. Rozmowa w całości poświęcona była projektom informatycznym, w których uczestniczyłam. Po czym wysyła mnie do Y.

W firmie Y pytają mnie, dlaczego nie pojawiłam się o 12, skoro na tą godzinę firma X mnie zapowiedziała? A poza tym to jak duże jest moje doświadczenie w projektach z branży budowlanej? No poza budową własnego domu, to żadne, ale przecież nie należy się tym przejmować.

Firma powiedzmy Z. Prowadząca rekrutację dla „bardzo dużej, znanej, solidnej firmy”. Po rozmowie umawiamy się, że w ciągu tygodnia poinformują mnie o wynikach, niezależnie czy będą pozytywne czy negatywne. Po 3 miesiącach rozmówczyni dzwoni, że „nie zrobiłam dobrego wrażenia, ale prowadzą projekt dla innej dużej, znanej firmy, która potrzebuje kobiety i czy mogłabym przyjechać na rozmowę”. (na ile sposobów można obrazić rozmówcę, w krótkiej rozmowie, tak żeby to stało się śmieszne?)

Frima V proponowała bardzo atrakcyjną pracę wprowadzania danych do CMS, bo przecież mój profil wypadł im w wyszukiwaniu hasła „CMS”, szkoda, że nie doczytali tego profilu do końca. Proponowanie PMowi wprowadzania danych do CMS wydaje mi się interesującym pomysłem, ale 10 lat temu byłabym na pewno zachwycona tą propozycją.

A wrażenia ogólne – brak szacunku dla czasu rozmówcy, brak szacunku dla ustaleń, brak wiedzy kogo, komu i na jakie stanowisko się rekrutuje. I po drodze doszłam do wniosku, że jednak nie życzę sobie, że jakieś firmy wykorzystywały moje cv w bliżej nieokreślonych celach i wysyłały je niewiadomo gdzie z komentarzem wynikającym z braku wiedzy rekrutera. Jak też irytują mnie osoby, które chcą się ze mną umawiać w środku dnia na drugim końcu miasta natychmiast, chociaż to im powinno zależeć na efektywnym przeprowadzeniu rekrutacji, bo za to dostają kasę. Mnie na zmianie pracy naprawdę niekoniecznie musi zależeć skoro jesteśmy na etapie, na którym nie wiem, czy propozycja w ogóle mnie interesuje.

Firmy zlecające rekrutację na zewnątrz, równie dobrze mogłyby zlecić taką rekrutację dowolnej sekretarce. Skutki mogłyby by być lepsze, bo sekretarka przynajmniej zna specyfikę firmy, w której pracuje.

Finał – wszystkie „sensowne” procesy rekrutacyjne, w których uczestniczyłam, były w całości organizowane przez wewnętrzny HR, a rekruterom zewnętrznym z definicji mówię, że ja chętnie, ale porozmawiajmy po 18 …  co zamyka temat

z dedykacją dla IT

Posted by By: elffaran

In other words, applied to lean thinking, everything not adding value to the Customer is considered to be waste. This includes:

za wiki lean software development

tak wiem, że to nie jest odkrywcze. A praktyka to całkiem inna bajka :)

Wiedza wynikająca z jeżdżenia autobusem – bezcenna

Posted by By: elffaran

Jeżdżenie autobusami bywa bezcenne, jeśli chodzi o zdobywanie wiedzy o świecie, społecznym zwłaszcza. Wiedza potrafi rosnąć skokowo, jeśli akurat zdarzy się nam usiąść obok dwu licealistów z klasy maturalnej, właśnie wracających ze szkoły.

Dla ustalenia uwagi – klasa maturalna liceum do dorośli ludzie pretendujący do miana inteligentów i na chwilę przed podjęciem studiów wyższych.

I od nich można się dowiedzieć, że:

-uczenie się historii w klasie maturalnej jest bez sensu

-uczenie się historii w ogóle jest bezsensu, bo to się da oporowo (??) wyrzeźbić (to słówko nadal funkcjonuje jak widać)

Przykład „rzeźbienia oporowo”

Było pytanie, na sprawdzianie, jak doszło do powstania Chińskiej Republiki Ludowej. To proste, tam była wcześniej monarchia, wiec wiadomo, było źle, a komunizm był nieznany to się ludziom wydawało, że będzie fajnie.

No niby wszystko prawda, a to że przy okazji gubi się kilkanaście lat chińskich prób demokratycznych, wojnę domową, wojnę z Japonią i powstanie Tajwanu to detal i pryszcz. Czy uczenie się historii jest bezsensu? Ale może, gdy wie się o tym dość dramatycznym okresie chińskiej historii to łatwiej zrozumieć stosunek Chińczyków do demokracji, Tajwanu i Japonii?

-uczenie się fizyki w klasie maturalnej nie ma sensu, bo na maturze nie ma prądu i elektrostatyki, a tylko „elementy ruchu” (jeśli to prawda, to moje serdeczne gratulacje dla MEN próbującego przygotować pokolenie technologicznych idiotów)

-uczenie się biologii nie ma sensu, bo pytania będą, co najwyżej o nazwanie poszczególnych elementów cyklu fotosyntezy, pytania „opisz cykl Calvina” na pewno nie będzie, bo to za trudne (kolejne serdeczne gratulacje dla MEN, bo wydaje mi się, że ktoś kto zdaje biologię na maturze, powinien jednak przyswoić zrozumienie fotosyntezy, a nie tylko nazwy elementów)

Najlepsze w tym wszystkim było to, że rozmówcy sprawiali wrażenie osób inteligentnych i generalnie mających całkiem sporą wiedzę.

Ogólnie – uczenie się na pamięć wszystkiego z wszystkich przedmiotów sensu oczywiście nie ma. Jeśli ktoś nie rozumie, po co mu ta wiedza, nie widzi celu posiadania takiej wiedzy, to nauczenie się na pamięć będzie epizodem. Tak naprawdę szkoła będzie spełniać swoją funkcję, jeśli pokaże sens wiedzy.

Gdy wysłuchuję takich rozmów, to nachodzi mnie refleksja, że ustalenie matury egzaminem zastępującym egzaminy na studia, tworzy z jednej strony zamknięte ścieżki (twoja dalsza droga życiowa zależy od tego, jakie przedmioty są na twojej maturze), z drugiej tworzy pokolenie ludzi o wiedzy powierzchownej, nadającej się tylko do zaliczenia ogólnego, „sprawiedliwego dla wszystkich” testu z przedmiotu. A wizja, że można nauczyć się jakiegoś przedmiotu, nie do testu maturalnego, ale dlatego, że chce się dalej rozwijać wiedzę, może się nie mieścić w tych ramach.

Avatar

Posted by By: elffaran

Byłam na Awatarze. Ha, można go dopisać do tych kliku (nadal dosłownie kilku) filmów, które widziałam w kinie. Co więcej, to jak na razie jedyny film, który nawet byłabym skłonna obejrzeć raz jeszcze. W recenzjach oczywiście o fantastycznej technice realizacji i płaskich postaciach, banalnej w sumie historyjce. Gdyby ta historia miała nie być banalna i mieścić w sobie nadal opowieść o innym świecie, to musiałaby trwać 6h zamiast 3. Tego nikt by nie wytrzymał. To prawda, że historia jest prosta i oparta na kilku stereotypach dotyczących relacji Indianie – Biali. Normalnie można by rzec, że to echo wyrzutów sumienia jednej cywilizacji, za zniszczenie innej (czy raczej kilku innych). Przez chwilę zastanawiałam się, czy autor oparł się na którymś konkretnym powstaniu indiańskim. Może na historiach wojen z Seminolami? Ale w gruncie rzeczy to nie ma znaczenia. Zobaczyłabym ten film raz jeszcze, bo wychodząc z kina poczułam się jak dziecko. Jak dziecko, które zobaczyło „inny świat”, ale też jak dziecko, które odkładając książkę jeszcze długo wyobrażało sobie, co mogło dziać się przed i po opisanej historii. Wychodząc z kina miałam chęć zapytać „co dalej?” i „a co było wcześniej?”, „dlaczego to jest zielone a tamto różowe?”. Jak dziecko, które chce uwierzyć, że pokazany idealizm bohaterów ma sens i istnieje (nie ma sensu, nawet jak istnieje, poczytajcie sobie o gościu, który rzucił w Busha butem, nic nikomu nie dał jego idealizm).

Opowieść jest kompletna, wciągająca, ale też to opowieść, która zaczyna się, gdy już coś się stało i kończy możliwościami. I tak, przemawia do mnóstwa archetypów zapisanych w pamięci. Mamy i przyjaźń i miłość i poświęcenie i ideały, ale też i dramaty, a przede wszystkim nie mamy kompletnej wiedzy. Że historia jest banalna jak obedrzeć ją z efektów? Ale po co obdzierać? To sensowne wykorzystanie technologii w filmie, w porównaniu z takim beweulfem, który nie wiadomo, po co był 3d, po mógłby być zwykłą kreskówką.

A wracając do recenzji, ponoć Cameron czekał, aż możliwe będzie realistyczne przedstawienie ludzkich oczu. Faktycznie, sposób przedstawienia twarzy bohaterów jest ważnym elementem opowieści, ze szczerzeniem zębów włącznie.

Jak dla mnie ta opowieść nie kończy się ani dobrze, ani źle, kończy się możliwością. I jest bajką dla dorosłych, bo dla dzieci będzie tylko komiksem. Taka ciekawostka, po filmie słyszałam rozmowy „młodszych nastolatek”, że fajnie by było polatać na takim niebieskim, ale trzeba by mieć warkocz. No jej, wydaje mi się, że w wieku lat 11 czy 12 miałam trochę bardziej rozwinięte zwoje mózgowe. Zresztą, czy bardziej, to dyskusyjne, na pewno w innym kierunku, bo tak wtedy jak i teraz popłakałabym się nad zabitymi stworzeniami raczej, niż zastanawiała nad lataniem. No bo małżonek jeszcze przez jakiś czas musiał znosić chlipanie „i tyle śmierci”, w związku z czym się pewnie zastanowi nad kolejną wyprawą do kina na coś innego niż komedia romantyczna.