Po bitwie o ACTA powoli opada kurz.
Premier celnie przykopał w środek swojego elektoratu. Dokładnie w tych młodych, aktywnych ludzi, którzy napędzali akcje w rodzaju „zabierz babci dowód”, krzyczeli o zmarnowanych głosach głosujących na mniejsze ugrupowania i ciągali na wybory mniej aktywnych znajomych strasząc ich inwazją PIS. Właśnie tych ludzi obecnie PO poczęstowało informacją, że nie ulegnie wobec szantażu (znaczy wobec głosu własnych wyborców). W tej sytuacji szalenie mnie ciekawi, co ci ludzie obecnie myślą o swoim wyborze? I czy ich pamięć sięgnie kolejnych wyborów? To będzie świetny test polskiej demokracji.
Natomiast premier teraz podskakuje na jednej nodze i udaje, że go zabolało i teraz to on się będzie konsultować, ale podpisu nie wycofa, bo to przecież szantaż…
Obstawiam, że planuje na tej jednej nodze poskakać, aż kurz opadnie, licząc na krótką pamięć internautów. Łatwo jest rozsyłać protesty na fejsie, dużo trudniej przełożyć to na real life. Jak dotąd internauci to nie była grupa, której udało się cokolwiek zmienić. Ucieszyłabym się gdyby zryw w internecie przełożył się na wyniki wyborów, oznaczałoby to, że rozsyłanie informacji i analiz w sieci ma sens i ma szansę zastąpić tradycyjną prasę w roli czwartej władzy, bo prasa po prostu nie nadąża. Zamiast „kaganka oświaty” niesie raczej stringi, bo coraz trudniej się sprzedać, a jak mawiał mistrz „wszystko drożeje, a żyć trzeba”. W tym kontekście interesujące jest, ze jeden z lepszych tekstów o ACTA ukazał się na pudelku – tym pudelku, na co dzień specjalizującym się w majtkach Dody i okolicach, majtek znaczy się, niekoniecznie Dody.
Wracając do „szantażu”, któremu nie uległ premier – premier niczym dziedziczny władca, nie zechciał motłochowi wyjaśnić, w jakim celu ACTA została podpisana? A ja bym chciała wiedzieć, co zdaniem rządu, Polska zyska na tym porozumieniu? Bo tak na moje oko zyska wielkie nic, a straci, jak stracą wszystkie małe, rozwijające się gospodarki. Straci na dostępie do wiedzy, kultury, ale i na patentach i znakach towarowych, które w Polsce nie zostały by zarejestrowane, ale gdzie indziej -owszem.
Czekam na dzień, kiedy się okaże, ze oscypka nie wolno produkować w Polsce, bo nazwa i skład zostały zastrzeżone np w USA. W kraju, w którym można zastrzec imię noworodka, z oscypkiem nie powinno być problemów. Zdaniem prawników ACTA nie chroni wyrobów lokalnych i tradycyjnych. Nie ma takiej ochrony, bo dla inicjatorów tematu – USA i Japonii, takiego problemu nie ma. „Tradycyjny” produkt amerykański – hamburger już został zastrzeżony w kilku firmowych wersjach… Prawnikiem nie jestem, ale rzad jakichś prawników zatrudnia -gdzie wiec analiza zysków, strat i ryzyk?
Kolejna uwaga, na jaka trafiłam, to ze ACTA wywraca porządek prawny oparty na domniemaniu niewinności. W oparciu o to porozumienie, podmiot donoszący o złamaniu swoich praw, ma prawo wymagać konfiskaty przedmiotu przestępstwa, przed wyrokiem sądu, przed rozpoznaniem przez sąd. To teraz wyobraźmy sobie jak będzie wyglądać starcie np Microsoft z jakąś mała firma w Pcimiu Dolnym. Zanim dojdzie do ustalenia, czy doszło złamania praw autorskich, to foremka już będzie bankrutem. O tym z lekka bardziej poważnie pisał już computerworld. Przecież my nie mamy polskich korporacji opanowujących świat i walczących o ochronę swoich rozpoznawalnych wszędzie znaków towarowych. My mamy małe firemki wyszarpujące małe okruszki tortu gigantom i tym firemkom potrzebna jest ochrona, a nie zachwianie jeszcze bardziej proporcji w możliwościach.
A skoro już jestem przy wyobrażaniu sobie, to wyobraźmy sobie, ze współcześnie, ktoś odkryłby, ze 2+2=4 (ja tam wyobraźnię mam bogatą…) i opatentował ten wynalazek. Żylibyśmy teraz w świecie, gdzie do nauki matematyki i wszystkiego opartego o matematykę, miałaby dostęp uprzywilejowana mniejszość. Cala reszta musiałaby na słowo uwierzyć, ze po zakupach z konta zniknęła właściwa kwota. Och no dobrze, to wcale nie taka abstrakcja, powszechna znajomość liczb i pisma to raczej dość nowa rzecz, ale raczej nie chcielibyśmy wracać do czasów, kiedy to nie było powszechne.
A tak w ogóle to żenada, ze dyskusja na temat wpływu prawa autorskiego została sprowadzona do dyskusji o nielegalnym udostępnianiu plików sieci. Tylko dlatego, ze kilku celebrytom się wydaje, ze ktoś (ONI, ONI ich okradają) ich okrada. Czy okrada? Czy faktycznie coś tracą? Nie sądzę. Primo taki Kazik biedny nie jest, co najlepiej przeczy tezie o tym, ze w dobie powszechnego piractwa, artyści zdechną z głodu. Czy byłby bogatszy, gdyby całkiem zablokować wymianę plików? Raczej biedniejszy – mniej znany, mniej rozpoznawalny, miałby mniejsze kontrakty i mniej ludzi kupujących bilety. Z resztą pewnie też mniej ludzi kupujących oryginalne jego płyty. No ale nie sadze, żeby akurat dochody z płyt były głównym źródłem dochodu mainstreamowych artystów. Na płytach zarabiają raczej wydawnictwa i nie dziwne, ze bronią swojego interesu, ale ani to interes artystów, ani społeczeństwa. A taki Holdys czy przy restrykcyjnym prawie autorskim byłby bogatszy? Oops, who the f. is Hołdys? Jak się nie ma jak zaistnieć, to dobrze podpiąć się pod nośny temat. No ale czy naprawdę nie ma u nas mądrzejszych ludzi do publicznego wypowiadania się w mediach o prawie niż nadęte gwiazdki muzyki popularnej? Jak się tak panowie będą nadymać to w końcu wezmą i pękną z hukiem. To tak jakby z faktu, że noszę bawełniane majtki (a co!) wynikało, że jestem specjalistą od procesu barwienia i sprzedawania bawełny.
A tak przy okazji to jednymi z pierwszych kulturowych piratów byli mnisi spędzający życie w klasztorach na przepisywaniu książek. Czy jakiś autor od tego zbiedniał? Nie, bo nikomu by nie przyszło do głowy mu płacić za książkę. A bez przepisywania dzieła by zaginęły. No ale ewolucja prawa autorskiego w związku ze zmieniającymi się środkami i potrzebami, to temat na długa dyskusje i tej właśnie dyskusji zabrakło. Osobiście uważam, ze utożsamianie prawa autorskiego z prawem własności to ślepa uliczka, ale o tym już pewnie kiedyś było a może i będzie ponownie.
Posted by By: elffaran |
