wakacje 2009 – Simi

Ten cykl jeszcze nie został porzucony, o nie. Zwłaszcza, że w tym roku bardzo mi doskwierał brak „prawdziwych” wakacji i przede wszystkim morza. Wakacje bez morza to nie wakacje.

A na Simi morza jest dostatek :) . To finalnie była jedyna zorganizowana wycieczka, na której wykupienie się zdecydowaliśmy i dobrze, bo sami na Simi byśmy się nie wybrali (wymagało to trochę wysiłku organizacyjnego), a widoki i na samym Simi i w drodze do absolutnie niepowtarzalne.

Oczywiście zaczęło się od tego, że spóźniliśmy się na autokar (bo pomyliliśmy miejsce, gdzie mieliśmy czekać, grunt to wakacyjna beztroska), ale panie były tak miłe, że nas znalazły i zapakowały do autobusu. Kolejny plus na ludzi zatrudnianych przez organizatora.

Podróż na Simi z portu Rodos to przeżycie samo w sobie. Na górnym pokładzie promu siedzą wyłącznie turyści i nie dziwne, bo już w połowie drogi ci turyści przypominają lekko podsmażone rybki – spieczone i świecące się od potu. Niemniej – przynajmniej w jedną stronę warto siedzieć na górze i gapić się na okolicę. Warto też zadbać, żeby było gdzie siedzieć, bo na początku miejsc niby jest dużo, wszyscy zwisają przy relingach podziwiając widoki, ale w miarę upływu czasu zaczyna się desperackie poszukiwanie miejsca, gdzie by posadzić swój zadek, najlepiej w cieniu (hehe, jakim cieniu, linki cienia nie rzucają, a nic więcej na górnym pokładzie nie ma).

Pierwszy przystanek w Panormitis – 18-nasto wieczny klasztor i 19-sto wieczna wieża zegarowa – jedno i drugie z morza wygląda trochę jak rysunek, zwłaszcza wieża, trudno uwierzyć, że ktoś zbudował wieżę wyglądającą jak ilustracja bajki dla dzieci. Okienka klasztoru zasłonięte okiennicami tez wyglądają jak narysowane. Przy klasztorze (nadal zamieszkałym) jest muzeum nie-wiadomo-czego, oraz czynna cerkiew (akurat odbywał się chrzest). Klasztor jest z z jakiegoś powodu celem pielgrzymek, ale z jakiego? Chyba coś z morzem, bo i w muzeum są różności wyrzucone przez morze (chyba, w sumie zapamiętałam tylko, że były tam kły słonia, bo to mam na zdjęciu).

Panormitis

No ale główną atrakcją Simi, jest samo miasto Simi, położone na górach nad zatoką, w której jest port. Miasteczko jest piękne, taka gigantyczna starówka, tyle, że ułożona piętrowo niczym gigantyczny tort.

Simi

Od razu pomyślałam sobie, że życie w takim miejscu musi być przerąbane jak w ruskim czołgu lufą do środka. Wszędzie, ale to absolutnie wszędzie masz pod górkę, wszystko jedno czy do sklepu, czy na spacer, czy za przeproszeniem do kibla, bo domki w większości są małe i piętrowe. Z bliska widać dwie rzeczy – po pierwsze obok niemal każdego domu jest śmietnisko. Jak wszędzie masz po schodach, to nie wywozisz starej lodówki, tylko ją wystawiasz obok domu i udajesz, że tak miało być. Po drugie – dużo domów jest opuszczonych, część już częściowo zawalona. Jeśli wierzyć oficjalnej stronie wyspy to kiedyś mieszkało na wyspie 25000 ludzi, obecnie 2500, niezła zmiana. Przewodniczka wspominała, że Simi jest restaurowane z pieniędzy UE, ale nawet jeśli odbudują te domy, to jak je wykorzystać? W takiej okolicy można co najwyżej wczasy odchudzające organizować, zapomnijcie o wygodnych hotelach z basenami. Zresztą na Simi nawet nie wolno takich budować (w sumie to na szczęście, bo przy odpowiednio dużej kasie to by po prostu zniwelowali ten teren razem z domkami).

W mieście Simi byliśmy kilka godzin, przewodniczka machnęła łapką w górę, że tam wysoko jest ciekawy monastyr.

monastyrNo i kto polazł na samą górę, no kto? Monastyr, do którego z trudem udało się nam dostać po labiryncie schodków, okazał się i tak zamknięty (jedyny zamknięty na jaki trafiliśmy w czasie tego urlopu, ale o monastyrach jeszcze będzie), za to droga na górę i widok z góry – wart wysiłku sam z siebie. Tego akurat zdjęcia nie pokażą.

schodki

A jak doszliśmy na górę, okazało się, że na szczyt wiedzie wygodniejsza droga niż schodki, a jakże… Wróciliśmy więc na około, zwiedzając przy okazji tę nieco bardziej płaską część miasta. (Tylko odrobinę bardziej płaską, to znaczy, że schody były na mniejszym skosie i zdarzały się między domami większe place – tylko trochę pochyłe, lub  składające się z jednego, dwu stopni). Ta bardziej płaska okolica jest też bardziej zamieszkana, jak łatwo się domyślić.

Po drodze zrobiłam najlepsze zdjęcie w swoim żywocie, nadal próbuję tę sztukę powtórzyć.

Będąc w Simi nie wiedzieliśmy, że jest tam zamek joannitów i antyczna cytadela. Może i lepiej, bo pewnie nie zdążylibyśmy znaleźć. Widziałam jakieś ruinki, ale zdecydowanie za daleko na spacer.

Poza tym wszamałam jogurt z miodem (w domu dodaję zdecydowanie więcej miodu :) ) i mniej więcej na tym wycieczka się zakończyła. Tylko trzeba było jeszcze zadki dotransportować z powrotem. Nie miałam już żadnej ochoty smażyć się na górnym pokładzie, po wędrówce w pełnym słońcu (tylko durni turyści w tym klimacie łażą po okolicy w dzień)  po niekończących się schodach marzyłam już tylko o spokojnym, cichym, chłodnym miejscu. Ciche miejsce na greckim statku? Zapomnij. Zeszliśmy na dolny pokład, który owszem był przyjemnie schłodzony, za to pełen Greków. Miejsce pełne Greków, jest też pełne ich greckiej ekspresji, które to pojęcie nie zawiera w sobie cichej rozmowy. Jeśli Grek chce coś powiedzieć (a chce zawsze), to robi to głośno, dobitnie, dodając jeszcze sporą dawkę wykrzykników. Zagęszczenie dźwięków było takie, że zasadniczo pewnie dałoby się coś zawiesić w powietrzu. Niemniej jakoś przeżyliśmy.

Aha i jeszcze koty z Simi. Koty na Simi ewidentnie mają swoje prawa. Np mają prawo leżeć na środku ruchliwego chodnika i oczekiwać, że ludzie będą je wymijać i wymijają, a jakże. Te ze zdjęć to pół dzikusy, do których można normalnie podejść i pogłaskać. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego w Polsce.

 

Leave a Reply »»