przedszkolak wyborczy
Z okazji nadchodzących wyborów mamy jawny handel szczęściem przedszkolaka, a raczej szczęściem portfela rodzica przedszkolaka. I tak oto Hanna Gronkiewicz magicznie znalazła pieniądze na obniżenie stawek za przedszkola w Warszawie i zaproponowała stosowną uchwałę. To jest argument kończący dyskusję, niby wszyscy szczęśliwi. Taki argument ładnie przysłania fakt, że miejsc w przedszkolach i żłobkach jest za mało. W Warszawie, żeby w ogóle złożyć podanie o przyjęcie dziecka do żłobka lub przedszkola, trzeba dodać zaświadczenie, że oboje rodzicie pracują. Tymczasem niepracująca matka, która chce do pracy wrócić, musi mieć co zrobić z potomkiem na czas, gdy pracy szuka. No przynajmniej ja sobie nie wyobrażam przygotowywanie się i chodzenie na rozmowy kwalifikacyjne z wrzeszczącą zawartością wózeczka.
Są takie matki jak ja, które zrezygnowały z pracy, żeby zajść w ciążę. Skoro same zrezygnowały, znaczy że pewnie mogą jakoś przeżyć. Jednak żebym ja zaczęła szukać pracy, to mój małżonek wcześniej musi zarobić tyle, coby zapłacić za żłobek dla mlekopija (nie uważam, żeby instytucja babci była właściwym rozwiązaniem na wszystko). Tu rodzi się pytanie, czy w takim momencie jeszcze jest sens szukać pracy (dla mnie ma sens głównie emocjonalny)? Nasze państwo cudownie wspiera patriarchalną wersję społeczeństwa. A taka mama jak ja, bardziej niż pracą, może się bardziej zainteresować programem wyborczym PiS obiecującym emerytury małżeńskie. (No dobra, w programie mają wiele cudów wyssanych z palca i nie wierzę, że akurat to zrealizują, temat jest zbyt złożony, żeby nasz sejm objął to swoim małym zbiorowym móżdżkiem, aczkolwiek uważam, że w kontekście sprawiedliwości społecznej i wspólnoty małżeńskiej jest potrzebne rozwiązanie pozwalające podzielić składki. A żeby nie było, że to zbyt lewicowe i populistyczne pomysły to np w USA, o ile wiem, składki są normalnie przedmiotem podziału w trakcie rozwodu, ale tam ich właścicielem jest człowiek, a nie państwo)
No ale co z matkami, które straciły pracę? Bardzo dużo młodych kobiet pracuje na różnego rodzaju śmieciowe umowy, które się kończą razem z zajściem w ciążę, bo po co pracodawcy taki kłopot? W efekcie kobieta zostaje bez środków do życia, za to z lawinowo rosnącym źródłem kosztów. W sieci można znaleźć trochę opowieści o tym, że kobieta z dzieckiem na ręku nie jest mile widziana nawet w urzędzie pracy, bo urząd pracy jest przecież dla szukających pracy, a nie dla zajmujących się dziećmi. Tylko co taka mama ma zrobić z potomkiem, bo na sponsorowane przez miasto przedszkole szans nie ma. I to jest ten moment, kiedy absolutnie mnie nie kupuje gest PO z obniżką cen przedszkoli. Kupiło by mnie danie pierwszeństwa tym, które pracy szukają. Idea solidarności społecznej oznacza pomoc najsłabszym, a nie polepszanie średniakom (ale to średniaki głosują, life is brutal)
Nawiasem mówiąc obniżkę cen uzasadniono „dostosowaniem do średniej w Polsce”, co oznacza że samorząd warszawski ustalił stawki z kosmosu, które to potem mógł obniżyć, w obu przypadkach nie kierując się żadnymi racjonalnymi przesłankami innymi niż „od wyborów do wyborów”.
Posted by By: elffaran |
