Lądowanie awaryjne
A teraz będzie długi wpis historyczny ku pamięci.
Marek Grześ przyszedł na świat oczywiście zanim zdążyliśmy się do tego przygotować (nie tylko mentalnie). Po prostu końcówka ciąży przebiegała tak spokojnie, że zakładaliśmy, iż nic nie wydarzy się przed terminem i jeszcze spokojnie kończyliśmy robić zakupy do pokoju dziecinnego. Torby nie zabieraliśmy, bo ja nie chciałam tracić czasu na taszczenie torby, skoro mamy jeszcze tydzień do rozwiązania. KTG w środę wieczorem miało być tylko formalnością, a okazało się, że młode się dusi, a ja mam już objawy pierwszej fazy porodu. Nawiasem mówiąc – KTG zrobiono mi praktycznie od ręki, bez żadnego skierowania, jedynie na moje stwierdzenie, że mi lekarz kazał i nie wyjaśnił dlaczego. Normalnie prawie odzyskałam wiarę w polską służbę zdrowia. Prawie, bo po powrocie ze szpitala przeczytałam ten wpis. Zapisy na ktg „za tydzień” i jedyne kilka godzin czekania na opis do ktg w popularnej warszawskiej porodówce. Pogratulowałam sobie nie wybrania szpitala położniczego, a zwykły szpital pełnoprofilowy, może mniej fancy jest, mniej się położne stamtąd udzielają w mediach, ale przynajmniej sprawnie.
A wracając do tematu, najpierw miał być przyspieszony naturalny poród, co z lekka zjeżyło mi włosy na głowie, bo przyspieszanie porodu cewnikiem Foleya ma dość fatalne opinie jeśli chodzi o odczucia rodzącej. A potem okazało się, że młode dusi się przy skurczach, których ja nie czuję (to zapewne wyjaśnia dlaczego moja mama ledwo zdążyła do szpitala, chociaż mieszkała w pobliżu, jakaś mała część kobiet czuje tylko skurcze parte, czyli końcową fazę porodu) i zapadła decyzja o cesarskim cięciu. W szpitalu trwała jakaś bardzo poważna operacja, w związku z czym miałam jeszcze parę godzin na przeżywanie stresu. Panicznie boję się operacji, więc akurat z mojego punktu widzenia cesarskie cięcie nie było opcją, którą wybrałabym bez wskazań. W ogóle nie rozumiem jak rozcięcie brzucha może być dla kobiet „łatwiejszą” wersją porodu, w dodatku liczba możliwych powikłań jest porażająca.
To że jest się świadomym tych powikłań, to jeszcze trzeba grzecznie podpisać. Nawiasem mówiąc to była ostatnia rzecz, jaką w szpitalu podpisałam świadomie. Co nie znaczy, że była to ostatnia podpisana rzecz, bo na sali pooperacyjnej dostałam do podpisu zgodę odnośnie zabiegów jakim zostanie poddane dziecko. Tyle, że na sali pooperacyjnej byłam półprzytomna od zmęczenia i środków przeciwbólowych i nie mogłam podnosić głowy. A w sumie nawet gdybym mogła podnosić głowę, to i tak wątpię, żebym była w stanie skupić wzrok na tyle, żeby przeczytać co podpisuję. No doprawdy nie wiem, czy takie rzeczy nie mogą poczekać, aż pojawi się ojciec dziecka? Albo, aż matka oprzytomnieje? Z oprzytomnieniem mógłby być zresztą kłopot, bo przez cały pobyt w szpitalu na nogach trzymał mnie tylko wkurw, ale wracając do początku – założenie było takie, że mam na sali porodowej spędzić co najmniej kilka (bliżej nieokreślone kilka) bardzo nieprzyjemnych godzin na stałe przywiązana do ktg i kroplówki i innych atrakcji. Jak już kiedyś wspominałam szpital MSWiA ma 3 sale porodowe – jedną „reprezentacyjną”, i 2 łączone, rozdzielone tylko murkiem i ogólnie już nie tak ładnie urządzone, jedna z nich jest praktycznie korytarzem do drugiej, mimo osobnych wejść. Moim zdaniem takie łączone sale urągają godności pacjentki, no ale urąganie godności to jedna z rzeczy, z którą trzeba się pogodzić jeśli w placówce NFZtowskiej jest kolejka. Tyle, że tym razem (szczęśliwie!) było pusto i generalnie porodówka w MSWiA nie należy do najbardziej obciążonych w mieście. I co? Położna „to się pani położy tu najbliżej…”, dokładnie w tej najmniej sympatycznej, przechodniej sali, bo czemu nie? A że mam w takich warunkach spędzić bliżej nieokreśloną ilość czasu (bo z wywoływaniem różnie bywa) to rybka. Po dłuższej dyskusji doszłyśmy do ” jak pani tam chce, to będzie kosztować” i „a to zapłacę jak trzeba” (w sumie to nigdzie wcześniej nie było mowy, że ta osobna sala jest płatna i generalnie to na szkole rodzenia raczej wymija się te pozostałe salki, prezentując w szczegółach tę pojedyncza, finalnie rachunku nie dostaliśmy, więc nie wiem jak to działa). No ale – nie miałam opłaconej „swojej” położnej (bo uznałam, że płacenie komuś, kogo i tak nie znam, nie podniesie mojego komfortu), pani była po prostu położną na dyżurze i chciała mieć wygodnie. W sumie ją rozumiem, stanęło jednak na mojej wygodzie, a kobitka i tak była miła, więc nie ma co narzekać.
Jak już się ułożyłam, dałam oplątać urządzeniami i zamierzałam zająć przeżywaniem stresu, to zaczęło być śmiesznie. Małżonek w międzyczasie pojechał po torbę z rzeczami, zabierając ze sobą… akt ślubu, który na tym etapie wydawał się niepotrzebny. Tymczasem położne noworodkowe skonstatowały fakt, że dziecko ma mieć inne nazwisko niż ja i zaczęły co chwilę przybiegać dopytując się, gdzie jest mąż z tym aktem ślubu, bo one będą musiały wypisywać wszystko od nowa. I czy on na pewno zdąży przed porodem im ten akt ślubu pokazać? Bo inaczej to muszą wpisać moje nazwisko. I nie, wcale ich nie dziwi inne nazwisko dziecka, ale czy nie powinny wpisać tego dziecka jako nieślubnego z tym innym nazwiskiem?(Takie rzeczy się nadal wpisuje w dokumentację???) Generalnie jak dziecko ma mieć inne nazwisko niż mama, to lepiej żeby mama miała jakieś nietypowe imię, bo maluch jest opisany imieniem mamy i swoim nazwiskiem, co poniektórzy mają potem problem ze zlokalizowaniem na oddziale rodzicielki malucha…
Samo cesarskie cięcie poszło szybko i przyjemnie (no … prawie). Co prawda było widać, że lekarze padają na ryjki ze zmęczenia, ale przynajmniej poczucie humoru ich nie opuszczało. Cesarskie cięcie robi się standardowo z znieczuleniu podpajęczynówkowym, co oznacza, że delikwentka jest przytomna i świadoma i nawet górną częścią ciała może poruszać (chociaż generalnie nie powinna, w związku z czym co jakiś czas słyszałam, że mam nie ruszać ręką, a ja tylko usiłowałam się podrapać…). Na szczęście w żadnej szybie nie odbijały się moje wnętrzności
. Za to spanikowałam jak poczułam rozdzieranie brzucha – bólu się nie czuje, za to resztę – napięcie, szarpanie itp, czuje się całkiem dokładnie. W związku z powyższym natychmiast próbowałam zobaczyć „co oni tam robią”. Anestezjolog się odnalazł w sytuacji i zaczął mi mówić co lekarze robią. A któraś z położnych zaczęła mnie głaskać po głowie, usiłując spacyfikować moje chęci podnoszenia głowy. Ogólnie muszę powiedzieć, że ekipa operująca była fantastyczna i czułam się „zaopiekowana”. Aczkolwiek traumę oglądania malucha usmarowanego i oplątanego flakami mogli mi darować. Na szczęście w tym szpitalu nie ma jeszcze realizowanego zalecenia kontaktu skóra do skóry w czasie cesarskiego cięcia, bo jakby mi położyli na piersi malucha w takim stanie to prawdopodobnie wpadłabym w histerię (i nie wiem, kto wpadł na taki genialny pomysł z tym kontaktem skóra do skóry? No ale może to ja mam za mało hormonów, żeby wykazywać stosowny entuzjazm względem pierwszego kontaktu i wydaje mi się, że sama operacja jest wystarczającym szokiem, po co go pogłębiać, skoro w ciągu kilku minut można zaprezentować malucha w wersji „urocze bobo”?)
Na pooperacyjnej sali trafiłam na absolutnie cudowną starszą położną, która oprócz sprawdzania jak się mam i zagadywania w nocy, poświęciła trochę czasu na oswojenie mnie z małym potomkiem („no to teraz pocałujemy w nosek”…) Bardzo żałuję, że nie zapamiętałam nazwiska, żeby móc podziękować, bo pani zachowywała się naprawdę wyjątkowo. Noc później kolejna położna na nocnym dyżurze spała w najlepsze, popatrzyłam na to jak słodko śpi i zrezygnowałam z budzenia celem uzyskania środków przeciwbólowych. Za dużo się naczytałam o przepracowanych lekarzach, ale z drugiej strony ja w pracy raczej nie śpię.
Po 12 godzinach na sali pooperacyjnej następuje proza życia, czyli przenosiny do normalnej sali. Tego „zwykłego” pobytu w szpitalu obawiałam się najbardziej. Mamy cudownych lekarzy, potrafiących wykonać niesamowite zabiegi i do tego absolutnie kijową opiekę na oddziałach i jakoś nie widzę, żeby w tej kwestii cokolwiek się zmieniało na lepsze. Raczej na gorsze, bo kiedyś nie było problemem wynajęcie prywatnej opieki w państwowym szpitalu. Na obecną chwilę mój obraz piekła zawiera ciasną salkę, a w niej 3 łóżka na kółkach, 3 szafki na kółkach, 3 wózeczki na kółkach, zero stabilnych mebli, zero uchwytów, którymi można by się posłużyć wstając z łóżka i do tego 3 kobiety po cesarce i 3 wrzeszczące niemowlaki, rodzina wychodzi na noc, no i radźcie sobie jak potraficie. Aha i do tego sala od południa, bez wentylacji, czy nie daj boże klimy, w dzień powyżej 30 stopni, w nocy poniżej 20. (nie ma, nie ma wody na pustyni, a wielbłądy dalej nie chcą iść…)
Już na sali pooperacyjnej okazało się, że nie będzie można wynająć pojedynczej sali, na której mąż mógłby zostać ze mną dłużej. Takie płatne sale szpital ma dwie i najwyraźniej nie widzi potrzeby zwiększania liczby, mimo że sale są ciągle zajęte. No ale to tylko 2 dni, da się przeżyć, pomyślałam patrząc na poszewkę, na której dziur było tyle, że tworzyły regularną kratkę. Jedna dziura więcej i poszewka by się rozpadła. A do tego prześcieradło starczające na 3/4 łóżka, mało przyjemnie leży się na ceratowym materacu naprawdę. Jednak zanim dojdzie się do etapu leżenia, to dobrze by było móc skorzystać z łazienki. „Jak przyjdzie ktoś z rodziny, to niech pomoże pani pochodzić” tak mniej więcej to wygląda. Kogoś z rodziny potrzeba by dojść do toalety, czy iść pod prysznic (który notabene zupełnie nie jest przystosowany dla osób z ograniczoną sprawnością ruchową po cesarce). Potem dostaje się malucha pod opiekę i kogoś z rodziny potrzeba by w ogóle cokolwiek koło siebie zrobić, bo nie ma z kim zostawić dziecka. A do tego po cesarskim cięciu naprawdę trudno podnieść się z łóżka bez stabilnego uchwytu (albo „kogoś z rodziny”) i tym samym już pierwszej nocy udało mi się solidnie naciągnąć szwy i to co bolało umiarkowanie, zaczęło boleć bardzo. W trakcie szkoły rodzenia była mowa, że do pomocy w razie problemów spokojnie można wynająć położną noworodkową na oddziale. Niestety okazało się to tylko piękną reklamą, teoretycznie można, praktycznie żadna z pracujących tam pań nie jest zainteresowana pomaganiem przy dziecku, nawet za opłatą.
Na wszelkie problemy z dzieckiem, odpowiedź jest jedna „proszę przystawiać!”. Ano wyboru żadnego, co do karmienia nie ma. Niby teoretycznie to moje cycki, ale one są moje tak samo jak moja komórka jajowa – teoretycznie moje, ale praktycznie to instytucje decydują, co mogę z nimi zrobić, bom przecież tylko głupia kobieta co nie wie jakie zło na tym świecie czyni. Do szpitala obowiązkowo należy przynieść ze sobą koszulkę i stanik do karmienia, oraz laktator, no i gotowość matki polki do poświęceń. Oczywiście takie drobiazgi jak to, że niektóre kobiety mogą nie mieć pokarmu, a niektóre noworodki mogą mieć problemy ze ssaniem, otóż takie drobiazgi zupełnie nie przychodzą na myśl personelowi od noworodków, a próba zwrócenia uwagi na problemy kończy się wrzaskiem „wam to się wszystkim wydaje, że macie problemy”. Nawet jak się nam wydaje, to chyba jednak nie zwalnia to z obowiązku sprawdzenia i pomocy. Teoretycznie personel medyczny w szpitalu jest po to, żeby pacjenci wyszli jak najszybciej i w jak najlepszym stanie, chyba?
Noworodków w szpitalu się nie dokarmia dla zasady, bo matka ma przystawiać, a nie się, za przeproszeniem, opierdalać. I jak rodzice mają za mały poziom asertywności, to skutkuje to przypadkiem takim jak u dziewczyny obok – najpierw ją okrzyczeli, że prosi o dokarmienie małego, bo nie ma pokarmu, a po paru godzinach przyszedł lekarz i stwierdził, że mały jest odwodniony i musi zostać w szpitalu. Tylko kto za to odwodnienie był odpowiedzialny? Samo się zrobiło?
Ciekawe, czy tak jest we wszystkich szpitalach, bo w tym „przystawianie” przesłania zdrowy rozsądek. Na oddziale oczywiście nie ma ani jednego fotela do karmienia. Rzeczone przystawianie ma się odbywać na łóżkach, na których nie da się usiąść tak, aby mieć podparcie dla pleców i nóg. Dziecko należy położyć na poduszce na łóżku, wygiąć się w pałąk nad nim i w tej pozycji spędzić 20 godzin, bo „dzidziuś ma prawo ssać nawet 20 godzin na dobę”. A czy matka ma prawo to jakoś przeżyć? Bo kręgosłup to matce będzie jeszcze potrzebny przez następne 18 lat zajmowania się potomkiem. No ale to pryszcz i detal. Próba położenia się z maluchem do łóżka wywołuje kolejne pouczenie, jak należy prawidłowo przystawiać.
A jeśli już któraś pielęgniarka ma miękkie serce i dokarmi noworodki tych „od cesarek”, to losowo daje albo wodę z glukozą, albo mleko modyfikowane. Dlaczego tak? „Bo tak”, a przynajmniej ja się nie doprosiłam uzasadnienia dlaczego raz dziecko dostało wodę z glukozą, a innym razem mleko. W ogóle naszemu maluchowi udało się uniknąć losu kolegi z sali, bo nie odpuściliśmy dokarmiania. „Noworodkowe” chyba miały większe opory względem krzyczenia na mojego małżonka, niż względem krzyczenia na kobiety. Po tym jak doktor logopeda przyszła, popatrzyła i stwierdziła, że sorry, ale nasz maluch sam się nie naje, bo z takim wędzidełkiem nie ma jak ssać, nabyliśmy magiczną butelkę (przynajmniej jedna rozsądna lekarka, doradziła jaką butlę kupić, żeby mały nauczył się ssać) i małżonek zdobył opakowanie żarcia (polowanie, żeby wyżywić rodzinę w wersji współczesnej zawiera umiejętność przypodobania się pielęgniarkom). Oczywiście potem kolejna lekarka przyszła i stwierdziła „nie będziemy dokarmiać, proszę przystawiać”, a ja się nie przyznałam do zabunkrowanego mleka i butli, człowiek się szybko uczy przetrwania w warunkach ekstremalnych.
Nabyliśmy też laktator, to już chyba bardziej żeby samej sobie udowodnić, że sorry cudów nie ma, może i mały ssać nie potrafi, ale też nie ma co ssać. W ogóle w ciągu tych 2 dni w szpitalu nabyliśmy iście kosmiczną liczbę różnych rzeczy, które w różnych mądrych artykułach znajdowały się na listach „absolutnie niepotrzebne”, w tym jakąś tonę pieluszek tetrowych, które i tak są ciągle brudne.
Na kolejną noc małżonek znów musiał opuścić szpital, żarełko z opakowania się skończyło, mały znów był głodny, ale tym razem trafiłam na twardą pielęgniarkę („nie dam, nie dam”, normalnie mam przed oczami obrazek jak taki babsztyl stoi z strzykawką w ręce – naprawdę, jak w kreskówce – i krzyczy „nie dam”, jeszcze chwila a wysunęły by się jej zęby jadowe, serio), która zawołała na pomoc lekarkę. A lekarka autorytatywnie popatrzyła na mój dekolt, poinformowała mnie, że mam nawał pokarmu i na pewno już mam od tego gorączkę i mam się położyć z tym sinym od wrzasku dzieciakiem i nie bruździć. Z tego jasno wynikało, że nawał pokarmu i rzeczoną gorączkę mam od wielu lat, bo dekolt miałam taki jak i przed ciążą. Naprawdę, niektóre kobiety po trzydziestce jeszcze mają okrągły biust, to się w naturze zdarza! Jedyne co mi wówczas przyszło do głowy, to że jak nas nie wypiszą następnego dnia, to poproszę o wypisanie na własne życzenie, bo istnieje jakaś granica opieprzania mnie przez obce baby za to, że śmiem mieć biust i nie mieć pokarmu od razu po cesarce.
W domu doczytałam, że prolaktyna, hormon odpowiedzialny za laktację, wydziela się w czasie snu, a jego wydzielanie jest hamowane przez stres i ból. Normalne jest, że po cesarce i 2 dobach bez snu, żarcia może nie być. Zwiększanie stresu kobiecie tylko pogorszy sprawę. W związku z tym podejście takie jak w szpitalu może skutkować tylko tym, że zestresowana i zmęczona kobieta pójdzie i kupi butlę zaraz po wyjściu ze szpitala. Nie jestem lekarzem, ale wydaje mi się, że lepiej trochę dokarmiać malucha i dać odpocząć matce, tudzież dać jej pospać bez akompaniamentu wycia, niż wrzeszczeć, że należy przystawiać. No i w domu ja się wyspałam, a mały mlekopij najadł.
Z szpitala szczęśliwie wypisano nas po 2, 5 doby. Malucha w stanie bardzo dobrym (dzięki butli!), a ja ledwo doszłam do samochodu z powodu bólu kręgosłupa od siedzenia/leżenia na szpitalnym łóżku. Mój kręgosłup świetnie zniósł ciąże, ale szpitala normalnie nie wytrzymał. Od pobytu w szpitalach ochroń nas panie…
Posted by By: elffaran |
