wakacje 2009 – Kolympia
czyli ciąg dalszy zaległego opisu pobytu na Rodos.
Przylecieliśmy jakoś po południu i wieczorem zostało jeszcze trochę czasu by udać się na poszukiwanie obiecanego ciepłego morze, oraz mały ogląd okolicy. Morze owszem fantastyczne, tylko że dno kamieniste jest naprawdę kamieniste, ała… Dzięki temu zapamiętałam, że tuż przed wyjazdem oglądałam specjalne buty do kąpieli w takim morzu i nie kupiłam ich, uznając to za bezsensowny wydatek. Niemniej jednak ani kamienie, ani zapadający zmrok, ani nawet brak kostiumu kąpielowego, który przecież został w hotelu, nie powstrzymał mnie przed natychmiastowym wyrażeniem swojej radości z faktu, że morze jest ciepłe. Czasem potrafię być człowiekiem, któremu niewiele do szczęścia trzeba, bo to zdecydowanie była jedna z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Niestety współmałżonek nie dał się namówić na dołączenie. Może i słusznie, bo jak wracałam taka cała mokra to kilka zdziwionych spojrzeń mnie doścignęło. Jak wyglądałam wylazłszy z morza w mokrym ubraniu, w którym zresztą przyleciałam, to można sobie wyobrazić…
A poza tym Kolympia (albo Kolimbia tłumaczenie greckich znaczków bywa różne) jest typową miejscowością „dla turystów”. Dużo sklepów, dużo hoteli i znów dużo sklepów (w sklepach atakują oprócz standardowych gąbek i muszelek, takie dziwne rzeczy jak wełniane papucie i futra, naprawdę nie wiem kto to kupuje???), oraz plaża całkowicie „uprzemysłowiona”. Równe rzędy płatnych leżaczków z parasolkami. Praktyka pokazała, że plaże w pasie turystycznym najfajniejsze są właśnie wieczorami, kiedy pustoszeją. W dzień to jedna wielka smażalnia naoliwionych ciał. Słońce pod tą szerokością jednak praży trochę za mocno, żeby sobie plażować jak nad Bałtykiem. Zresztą – sama wyspa Rodos oferuje zbyt wiele ciekawych miejsc do zobaczenia, żeby siedzieć na plaży. Przy tygodniowym urlopie na plażowanie po prostu zabrakło czasu, a i tak nie zobaczyłam wszystkiego co chciałam zobaczyć.
Różnego rodzaju poradniki radzą, żeby jeśli chce się jeść na mieście, jeść w miejscach odwiedzanych przez mieszkańców. Ja bym chciała zobaczyć kogoś, kto spróbuje to zastosować na Rodos. Cały pas przybrzeżny mógłby mieć znaczek „turists only”. Tu nie ma ani knajpek ani sklepów dla zwykłych ludzi, a w miejscowościach są właściwie tylko hotele (sad oliwkowy widoczny z naszych okien był wyjątkiem i jakąś pozostałością po innych czasach) Co przekłada się na to, że jedzenie stanowi typowy talerz turysty, znaczy hamburger z frytkami, za to cena jak za obiad w restauracji. Nawet nas nie kusiło, żeby jeść poza hotelem. Za to w głębi wyspy miasteczka albo sprawiają wrażenie sypialni, gdzie nie ma nic poza domami mieszkalnymi, a ludzi nie widać w ogóle, albo po prostu są opuszczone gospodarstwa i fabryki.
Ostatnio bodajże w Polityce jakiś dziennikarz rozpaczał nad zniszczeniem wysp przez turystykę. Z jednej strony rzeczywiście „już nie ma dzikich plaż” w popularnych miejscach wakacyjnych, z drugiej strony – to miejsce nad Wisłą gdzie teraz stoi Warszawa i Kraków też pewnie kiedyś szczyciło się uroczą, czystą plażą i rybkami pluskającymi w ciszy i pustce. Do jaskiń nie wrócimy, bo byśmy się nie zmieścili. Nie ma co rozpaczać nad zniszczeniami, zwłaszcza w takich miejscach jak Rodos, gdzie hotelarze całkiem rozsądnie korzystają z natury. Na każdym dachu jest zamontowany system podgrzewania wody (bateria słoneczna plus zbiornik), w centrum wyspy są wiatraki dostarczające prąd. Tutaj najwyraźniej nie ma potrzeby mówienia o ekologii, tu rozsądne korzystanie z natury po prostu jest, no i jest czysto. Mimo tłumów turystów plaże zdecydowanie czystsze niż to co pamiętam z Polski, niestety. Tak więc nie przesadzałabym z tym złem masowej turystyki, leżaki na plaży świata nie zabijają. Części ludzi potrzebny jest taki bez wysiłkowy wypoczynek nad ciepłą wodą. A poza tym piękne jest to, że tutaj dosłownie jest dla każdego coś miłego, kto chce może się smażyć nad morzem, kto chce – może zwiedzać, wszędzie jest blisko (oczywiście pod warunkiem, że wypożyczy się samochód i przygotuje się psychicznie do faktu, że większość rzeczy dzieli od nas 300 schodków w górę). W miejscach ciekawych architektoniczne/ przyrodniczo, wcale nie ma tłumów. Owszem ludzie chodzą po okolicy, ale nigdzie nie było kolejki czy stada turystów przez które trzeba by się przebijać.
Wracając do samej Kolympii, od innych miejscowości różni się aleją Eukaliptusową. Misiów Koala nie stwierdzono, ale eukaliptusy mają się w tym klimacie naprawdę nieźle, zdecydowanie przerastają lokalną roślinność. I pomyśleć, że mi dopiero pod sam koniec wyjazdu zaświtało, że ta aleja to nie jest coś całkiem zwykłego i można by pstryknąć zdjęcie. W związku z czym zdjęcie zostało pstryknięte ostatniej nocy…
O ile eukaliptusy były, to z bankomatami gorzej. Przyzwyczajeni do polskiej rzeczywistości, gdzie bankomat jest co krok, nie zabieraliśmy gotówki. Dzięki temu wkrótce po przyjeździe musieliśmy dość szczegółowo zapoznać z topografią Kolympii, szukając jedynego(!) w miejscowości bankomatu. Na nasze szczęście mieszkaliśmy w w jednej z większych miejscowości, więc ów jeden jedyny bankomat był i nawet działał, w związku z czym mogliśmy wydać trochę zasobów
, ale nie zabranie gotówki może okazać się nierozsądne w mniejszych miejscowościach.

Posted by By: elffaran |
