wakacje 2009 – Rodos – wstęp i kawałek rozwiniecia
Tegoroczne wakacje z przyczyn wyższych zostały odwołane, więc może to jest dobry moment, żeby opisać wakacje minione, czyli wszystko to czego nie napisałam w 2009 i 2010. A potem sobie wydrukuję i jako stara babcia na bujanym fotelu za lat x będę czytać. Albo lepiej, będę zmuszać do czytania wnuczki (hipotetyczne, w ostateczności będą to wnuczki cudze, sztuka jest sztuka).
W 2009 część urlopu postanowiliśmy spędzić na Rodos. Obecnie to żadna sensacja, wakacje w jakiejś Kambodży to by było coś, ale jeśli chodzi o zagraniczne urlopy to po prostu jestem element oporny. Nie widzę się w roli basenowej grzanki, a bez znajomości języka i obyczajów kraju to jednak trudno obejrzeć cokolwiek od podszewki. Do tego dochodzi lenistwo samochodowego turysty. Nie wezmę plecaczka i namiotu, choćby z tego względu, że nie mam. A poza tym krępuje mnie wchodzenie z butami, tam gdzie się nie zna obyczajów. Większość telewizyjnych oglądaczy zapewne tego nie zauważyła, ale przy okazji niedawnych zamieszek w Egipcie, Egipcjanie na równi skarżyli się na reżim torturujący i „znikający” ludzi, jak i na turystów ubliżających im gołymi tyłkami i cyckami na wierzchu, na co rzeczony reżim pozwalał biorąc kasę (reżim się zmienił, ale każdy reżim lubi zarabiać, więc co do gołych tyłków to obawiam się, ze Egipcjanie muszą zrobić jeszcze jedną rewolucję)
Wracając do wakacji, po grecku umiem głównie przeklinać, pomysły żeby nauczyć się tego języka pozostały na etapie pomysłów, ale jednak pojechaliśmy, bo małżonek nęcił wizją ciepełka i możliwości noszenia przeze mnie tych wszystkich sukienek, co ich zwykle w okolicach polskiego lata nie mam szansy założyć, bo mi za zimno.
To znaczy zanim pojechaliśmy, zrobiliśmy rewizję w domu, stwierdziliśmy brak walizek, brak letnich ubrań, brak strojów kąpielowych, czyli wszystkich tych rzeczy, które mieszkańcom stref pod klimatyzatorem biurowym są zbędne. W końcu to były nasze pierwsze prawdziwe wakacje (płatny, regularny urlop szczęśliwców z etatem, a nie długi weekend na działalności gospodarczej). W każdym razie po domowej rewizji i ustalenia listy niezbędnych zakupów i tak drogie wakacje, stały się jeszcze droższe, ale spoko, nasze walizki przynajmniej przeżyły podróż w jednym kawałku, na taśmie lotniskowej miałam okazję podziwiać, że nie wszyscy mieli to szczęście. Ludzie, po co wy kupujecie plastikowe walizki? Przecież to oczywiste, że w lukach bagażowych one muszą popękać.
W każdym razie spakowaliśmy się w końcu, usiedliśmy na lotnisku opychając się rewelacyjnym ciastem malinowym, (dlaczego tej sieci barów, co na Okęciu nie ma poza lotniskiem, no dlaczego?) i rozpoczęliśmy nasze pierwsze wakacje przez duże W. Znaczy po raz pierwszy mieliśmy się nie zastanawiać, co zjemy i gdzie będziemy spać. Oczywiście najpierw trzeba było przetrwać lot z braćmi Polakami, mówię wam po takim locie można dojść do wniosku, że wycieczki są zdecydowanie za tanie, a poziom kultury w autokarze PKS jest większy. A w samolocie pełen przekrój zachowań przedszkolaków – od „ja nie chcę siedzieć tu, ja chcę siedzieć tam” (a co mnie to obchodzi?), przez robienie zdjęć (sołtysowi trzeba pokazać ryjek na tle lotniczego fotela), po szturchanie foteli współpasażerów. Tak, latanie samolotem to zdecydowany minus zagranicznych wakacji, jeszcze tego mogę kiedyś użyć, jako argumentu
Opcja all inclusive okazała się dobrą rzeczą, a przynajmniej w naszym hotelu Lydia Maris była dobra, bo przekładała się na jedzenie prawie cały czas (kolejne wakacje z inną firmą pokazały że all inclusive może składać się głównie z wyjątków… ale o tym jak dotrę do kolejnych wakacji). W każdym razie na Rodos pojechaliśmy z Ecco Holiday i byliśmy zadowoleni. Nie żebyśmy siedzieli i jedli , ale dobrze było nie przejmować się, że nie zdążymy na obiad, skoro zaraz potem były przekąski poobiednie i ciasteczka były. Jedzonko dobre, ciasteczka lepsze, ciasteczko kadaiffi pobierałam za każdym razem jak przechodziłam koło gablotki i tym samym w ciągu zaledwie tygodnia udało mi się zebrać co najmniej 5 dodatkowych kilogramów. No i dobrze było mieć dowolną ilość picia, oj bardzo dobrze. (Pierwszą rzeczą, jaką ze smutkiem odkryliśmy w domu po powrocie z Grecji, to że picie nie przynosi się samo ze sklepu.) Żeby jednak nie było tak idealnie to urozmaicenie picia systematycznie spadało, napój potrafił mieć stężenie koncentratu by na drugi dzień zmienić się w zabarwioną wodę, no ale tak jakby dokładność Greków jest rzeczą mocno dyskusyjną. Gdybym miała określić ich stosunek do pracy, to mieścił by się w zdaniu „jakoś to będzie”, tak samo w korporacji jak i w hotelach.
No i te cztery gwiazdki hotelu w Grecji w Polsce łapałyby się najwyżej na 3, ze względu na niedoróbki w rodzaju tego, że moskitiera jest w pokoju, owszem, ale w łazience nie ma ani moskitiery ani wentylacji, więc pod prysznicem można albo się udusić albo zostać zjedzonym żywcem. No i rezydencji biura w sumie nie wiedzieli, co wchodzi w opcję all inclusive a co nie. Okazało się, że np. drinki w barze są jak najbardziej inlusive, chociaż paniom z eco się wydawało inaczej (i ponownie, inaczej patrzy się z perspektywy panie z eco były wręcz rewelacyjnie zorientowane w porównaniu z osobnikami z Itaki). Tyle tylko, że tak obrzydliwych drinków to mi się jeszcze nie zdarzyło pić. Tequila sunrise w wersji bimber z podróbką fanty skutecznie mnie zniechęciła do hotelowych alkoholi. To ja jednak wolę wersję z Gniezna (tequila sunrice (tak rice!) z truskawkami zamiast lodu).
Pierwsze wrażenia z Rodos – „o rany jak tu brzydko”, poza historycznymi fragmentami, to całe Rodos wygląda jak plac budowy. Kończenie budów w modzie nie jest, sprzątanie wokół nich też nie, a z jak najbardziej czynnych hoteli wystają pręty zbrojeniowe na dachach. Krajobraz składający się głównie z suchej ziemi i żwiru, też nie poraża pięknem.
Drugie wrażenie – to jest odpowiedni klimat dla mnie, czas zacząć zbierać na kupienie tam domku na emeryturze.Ciepło, wilgotność odpowiednia, wiaterek od morza gwarantuje chwilę ochłody.
Trzecie wrażenie, krajobraz jest ładny jak się pojedzie wgłąb wyspy, poza drogi łączące turystyczne miejscowości.
Pierwsze wrażenie z hotelu – nie lubię jak się do mnie mówi po niemiecku, ale chyba niemieccy turyści są gwarancją jakości (i cen wyższych też). Hotel bardzo mocno nastawiony na niemieckich gości, łącznie z programem animacyjnym w języku niemieckim (ale trzeba powiedzieć, że animatorka odkrywszy, że nie jesteśmy z Niemiec robiła, co mogła, żeby tłumaczyć też na angielski). W ogóle na Rodos grecki zdarzyło mi się usłyszeć raz, w sklepiku. Jedna jedyna pani nie mówiła w innych językach. W pozostałych sklepach pracowały Polki/Czeszki/Hiszpanki ->dowolne wstaw. No, ale zaleta tej sytuacji jest taka, że w dowolnym miejscu da się dogadać po angielsku lub niemiecku, a w wielu i po polsku.
Drugie wrażenie z hotelu – mieliśmy szczęście wylosować pokój z dala od basenu, na obrzeżach hotelu, z widokiem na sad oliwny, dzięki czemu rano można było popatrzeć na drzewa oliwkowe, a nie na niemieckie emerytki topless (ja rozumiem, że każdy jest piękny na swój sposób, ale niektórzy mogliby nie epatować tym pięknem aż tak!). Zresztą większość turystów w hotelu funkcjonowała na zasadzie – dobiec rano jak najszybciej do leżaczka, ułożyć na nim swoje gacie i okupować go przy pomocy owych gaci do końca dnia. A leżaków oczywiście było permanentnie za mało, ponieważ połowa z nich była po prostu rozwalona („jakoś to będzie”!). Rok później wyczytałam, ze Lydia Marie się rozbudowała, więc pewnie już nie jest tam tak fajnie, bo liczba turystów na kawałek basenu przekroczyła granicę możliwości znalezienia leżaka.
A tak w ogóle – na Rodos warto pojechać, bo mimo tej całej otoczki turystycznej to jest miejsce z wielowiekową historią i genialnie jest popatrzeć na tym jak obok siebie są elementy współczesne, średniowieczne i starożytne, w dodatku z kręgów różnych kultur, bo widać i wpływy islamu i katolicyzmu (Joannici, kumple naszych Krzyżaków tam siedzieli jakiś czas) i prawosławia. Niemniej interesujące są widoczne zmiany stylu życia na skutek rozwoju turystyki, bo Rodos to musiało być kiedyś ubogie miejsce, rolnictwo ma tu ewidentnie pod górkę (czasem dosłownie), bywa że drzewa oliwkowe rosną w czystym, suchym żwirku, a pozostałe rośliny hoduje się w bliskim sąsiedztwie węża nawadniającego.Same z siebie rosną tu tylko osty.


Posted by By: elffaran |
