Łódź ponownie

Skoro mamy już zasadniczo koniec czerwca, to wypadałoby ku pamięci opisać finał wyprawy do Łodzi celem oglądania wystawy. Za pierwszym razem nie udało się obejrzeć wystawy „Od zmierzchu do świtu” – historia mody balowej, ale za to drogę mieliśmy już opracowaną, spróbowaliśmy więc kolejny raz. Tym razem wystawa owszem była otwarta. Paradoksalnie – to nawet gorzej, że była otwarta. Zaczęło się od tego, że czujna pracownica muzeum zainteresowała się dlaczego wchodzimy z … torbą od aparatu? Ano bo mamy w niej aparat, to raczej normalne, ale zostaliśmy pouczeni, że torbę mamy trzymać na widoku abyśmy nic do niej nie schowali. No naprawdę nie wiem, co mogliśmy w tej torebce wynieść? Jakąś średniej wielkości gablotę, czy co? A poza tym oglądając mocno przykurzone, ale całkiem współczesne szmaty i to w dodatku takie spod znaku lumpeksu raczej, czułam po prostu zażenowanie. Z historią to nic wspólnego nie miało, a jeśli chodzi o modę balową to lepszą wystawę potrafiłabym zorganizować z zawartości własnej szafy (a raczej kartonowego pudła z napisem „sylwester”). Serio. Rozumiem, że akurat na terenach Polski, po kilku porządnych wojnach, raczej trudno o oryginalne ubrania sprzed setek lat, nie możemy się w tym zakresie ścigać z Wielką Brytanią, ale nie chodzi o pokazanie oryginałów, a raczej rzeczywistej historii ubioru. Akurat moda balowa mówi o współczesnym świecie bardzo wiele, począwszy od różnic między płciami, poprzez podkreślanie statusu, aż po to co uważano za cnotliwe a co za wstydliwe. Aby to pokazać wystarczą rekonstrukcje, albo i nawet dobrze dobrane obrazy. No właśnie, a propos dobrze dobranych obrazów, obrazy i obrazki owszem były, niektóre nawet interesujące, ale ułożone na zasadzie tu sobie dam taki obrazek, a tam taki sam, ale za to powiększony, zapewne nikt się nie pozna… Całość ani sensu nie miała, ani kolejności historycznej, ani niczego co by uzasadniało w ogóle nazwanie tego wystawą! A to teoretycznie była wystawa przez duże „W”, przygotowana przez Muzeum Narodowe we Wrocławiu, naprawdę serdeczne gratulacje dla kuratorek za odwagę, bo mnie by było wstyd podpisać się swoim nazwiskiem pod czymś takim. Za to z pewnością dużo porządnej pracy poszło w profesjonalną promocję te wystawy (plakaty, informacje w prasie itp), ta część przygotowana była dużo lepiej niż sama wystawa. No i przy tej okazji naszła mnie raczej smutna refleksja, że redaktorzy „kącików kulturalnych” w prasie, na portalach, w radiu, sami po prostu nie bywają w muzeach. Gdyby ktokolwiek z nich widział tą wystawę, nie wypisywali by takich bzdur. Czy ktoś jeszcze chodzi do muzeum, żeby zobaczyć coś interesującego i powiększyć swoją wiedzę? Bo w kontekście „Nocy Muzeów”, która też jakoś w maju była, to mam wrażenie że do muzeum chodzi się tylko polansować i poimprezować. Jaki inny sens ma ganianie po muzeach w nocy na zasadzie oblecenia możliwie największej ilości w jednej rundce?

Wracając jednak do Łodzi, mnie to konkretne miasto kojarzy się z dwoma rzeczami – architekturą fabryczną i ulicą Piotrkowską.

Architektura fabryczna była poprzednim razem, to teraz przyszedł czas na Piotrkowską. W mojej pamięci istniała jako skojarzenie z najdroższym miejscem w Łodzi, toteż spodziewałam się wypucowanego deptaku z sklepami, do których człowiek boi się zajrzeć, żeby nie zejść na zawał przy spojrzeniu na cenę i knajpami, gdzie przed wejściem trzeba powiększyć limit na karcie kredytowej. Tymczasem to raczej ulica kontrastów, nowoczesne biurowce obok walących się PRL-owskich bloków i do tego zabytkowe kamienice.

 

 

 

A pomiędzy pan sprzedający sznurówki, budka z goframi i chińskie żarcie. Knajpki owszem są, ale trudno znaleźć taką, która akurat nie byłaby pizzerią ani kebabem. A jak już się znajdzie, to nie da się zapłacić kartą. Szkoda że przeszliśmy tylko mały kawałek, ale przy opcji taszczenia nowego życia, to niestety mój osobisty zasięg jest niewielki.

 

 

Leave a Reply »»