na co wydaje nfz

Ilekroć zdarzy mi się wpaść w łapki państwowej służby zdrowia mam, delikatnie rzecz biorąc, mieszane uczucia. Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że ta kołderka zawsze będzie za krótka i na wszystko dla wszystkich nie starczy, a na dodatek w Polsce naprawdę bardzo, bardzo nielicznych stać na prywatne opłacenie operacji, czy interwencji na ostrym dyżurze (wiem co mówię, założenie jednego szwu na prywatnym ostrym dyżurze kosztowało nas kilkaset złotych, nie żałuję, bo taki problem w państwowym szpitalu by olali, ale też – nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić kwoty w przypadku przyjęcia na ostry dyżur z problemami ciążowymi).

Wracając do przykrótkiej kołderki – skoro mamy mało, należałoby to wydawać rozsądnie, najlepiej na dobrą profilaktykę i diagnostykę, która pozwoli interweniować, kiedy to jeszcze jest tanie. W praktyce to często testowanie ile bzdurnych procedur można sprzedać NFZetowi oraz jak daleko sięga upór i desperacja pacjentów.

Z okazji cukrzycy ciążowej prywatny lekarz zdecydował, że jednak powinnam zameldować się w specjalistycznej „NFZetowej” przychodni. W mieście stołecznym jest jedna taka, która się w temacie specjalizuje i ponieważ moja cukrzyca może zahaczać o inne zjawiska stwierdzone wcześniej, to mam wziąć skierowanie i się zapisać „bo oni sobie radzą z trudnymi przypadkami”. No to się zapisałam. Na początek oczywiście trzeba przejść przez uroki zarejestrowania się, to znaczy udowodnienia, że mam ubezpieczenie. Kiedy my się wreszcie dorobimy systemu komputerowego, który sprawdzałby to po PESEL’u, albo po prostu założenia, że każdy obywatel ma prawo? (Tak przy okazji znalazłam, że zgodnie z ustawą zdrowotną (art. 197 ust. 2) świadczenia medyczne związane z ciążą, porodem i okresem połogu oraz dzieciom do ukończenia 18 roku życia są udzielane bezpłatnie, niezależnie od tego, czy są one ubezpieczone czy nie. W przypadku takich osób odpowiedzialność za opłacanie kosztów ich leczenia ponosi budżet państwa.). No ale pani zrobiła, co musiała i przekazała mnie do kolejnego punktu programu.

Kolejny punkt to KTG. Jak rany, ja prosty człowiek jestem, ale co ma KTG wspólnego z cukrzycą? Skurczy nie mam obecnie (i już wiem, że czuje się je na długo, zanim osiągną stężenie rejestrowane przez KTG, no i mając skurcze zgłosiłabym się raczej na ostry dyżur), małe jest żywe, bo się rozpycha, jaki sens monitorowania w tym momencie pulsu małego? A poza tym… nie zauważyłam, żeby z wykresem z KTG działo się cokolwiek dalej, poza włożeniem go do kieszonki w karcie. Procedura odhaczona.

W tak zwanym między czasie położna dzielnie wypełniła kartę, wpisując w niej jakże istotne dla mojego zdrowia dane o moim wykształceniu, zawodzie i statusie społecznym (jakby się ktoś pytał, status jest do wyboru „niski”, „przeciętny” i „wysoki”, zostałam oceniona na „przeciętny”, pytanie o status wprost nie pada, status sprawdziłam po prostu zaglądając w kartę jak ten cham i prostak ;) ). Zostałam odpytana o uczulenia na leki i grupę krwi, po czym dostałam do podpisu zgodę na hospitalizację. Oczki w tym momencie zrobiłam duże i okrągłe jak Pszczółka Maja, jaka hospitalizacja??? Ano cała diagnostyka cukrzycy odbywa się w ramach „kliniki jednego dnia” (odpowiedni rachunek za przysługującą w ramach tego kanapkę i herbatę idzie też do NFZ zapewne).

Po odbyciu KTG panie są spędzane w gromadkę na korytarzu, trzeba bowiem poczekać, aż zgromadzi się cała grupa zapisana na daną godzinę (zapewne nic nie jest w stanie zmienić obyczaju zapisywania x pacjentów na jedną godzinę). Na korytarzu krzeseł oczywiście nie ma, jest za to takie łóżeczko na kółkach, służące zwykle do przewozu pacjentów. Mam trochę czasu na analizowanie, na ile kilogramów jest przewidziane rzeczone łóżeczko, bo panie z cukrzycą w większości do szczupłych nie należą. No i drogą obserwacji stwierdzam zależność, że im młodsza dziewczyna, tym więcej kilogramów. Ciekawe na ile to efekt wszechobecnego nacisku na chudość? Młodym w ciąży puszczają zamki i starają sobie zrekompensować wcześniejsze ograniczenia?

W końcu zbiera się nas odpowiednia ilość, żeby udać się karnym stadkiem na kolejny punkt programu, czyli… cytologię. Mhm, ja rozumiem, że trzeba ją robić co roku, oraz że jak pozostałe damy, jestem gapa skoro uznałam, że w ciąży mogę sobie odpuścić, ale ponownie, co to ma wspólnego z problemem, z którym przyszłam? Aczkolwiek w sumie nie mam złudzeń, to badanie jest po to, żeby stażystki się nauczyły. Czuję się jak w odcinku „Chirurgów” z główną rezydentką uczącą świeży narybek i z trudem udaje mi się zachować powagę. W końcu na fotelu ginekologicznym raczej głupio jest parskać śmiechem. No i robią mi kolejny raz KTG, bo dziewczyna trenuje. Staram się wykazać stosowny i wyczekiwany entuzjazm wobec faktu, że słyszę puls małego (trochę mam z tym problem, bo w sumie czym tu się entuzjazmować?). Muszą się dziewczyny nauczyć, całkiem świadomie podpisałam na to zgodę. Mam z tego taki ubaw, że nie żałuję.

Czas na kanapkę, herbatkę i czekanie nie-wiadomo-na-co. W ogóle cechą charakterystyczną całej tej zabawy jest kompletny brak informacji, wszystko odbywa się na zasadzie „teraz idźcie tam” i całe stadko karnie tupta z gabinetu do gabinetu. Do kanapki w zestawie broszurka jak się żywić. Rewelacja, od 2 tygodni mierzę poziom cukru i już wiem, że gdybym zjadła taki obiad jaki wynika z broszurki, to nie miałabym szansy zmieścić się w normie z poziomem glukozy, ale ogólnie jest rozpiska pokarmów mniej i bardziej groźnych, oraz mogę udowodnić mężusiowi, że mam prawo do truskawek (konkretnie do 16 truskawek średniej wielkości na podwieczorek, bez cukru i śmietanki rzecz jasna).

Kolejny punkt programu to rozmowa (grupowa) z dietetykiem. 15 minut i w sumie to jest jedyne 15 minut merytorycznie związane z tematem i sensowne. Potem wypożyczenie glukometrów (połowa pań ma swoje własne, naprawdę można było o to spytać przy zapisie) i instruktaż jak ich używać (połowa tego nie potrzebuje i nie chce, bo ma inne typy glukometrów, ale każda ma w karcie wstemplowane, że szkolenie odbyła).

Na koniec konsultacja z lekarzem, która w sumie ogranicza się do wypisania recept na „paski” do glukometru. 5 minut. Próbuję się dowiedzieć jak wygląda zależność z inną chorobą i jak w razie problemów mam sobie radzić z lekami, a w odpowiedzi słyszę, ze u mnie to pewnie będzie wyglądać inaczej, ale w sumie nie wiadomo jak. Kurcze, taka mądra to ja sama z siebie jestem, czy mogę już zostać lekarzem? Na „do widzenia” słyszę, że jak będę utrzymywać dietę, to po ciąży będę „ekstra laska” (no doprawdy, to jest mój podstawowy problem, który mi od 6 miesięcy spędza sen z oczu…). Pani najwyraźniej nie zadała sobie trudu spojrzenia ile przytyłam w ciąży, nie dała mi też szansy spytać o spadek wagi wywołany rzeczoną dietą.

Teraz jeszcze oczekiwanie na wypis „ze szpitala”. Wypis sam w sobie dostarcza mi trochę rozrywki „pacjentkę przyjęto do Kliniki do intensywnego nadzoru diabetologicznego, pouczono o zasadach kontroli glikemii… wypisano w stanie ogólnym dobrym z ciążą żywą z zaleceniami”.

Czuję się pouczona doprawdy… W przypadku utrzymujących się podwyższonych poziomów cukrów, mamy dzwonić za 2 tygodnie, to nam coś przez telefon poradzą. Mam mierzyć poziom cukru przez 3 miesiące ciąży plus 2 tygodnie po porodzie – minimum 4 razy dziennie i użyć do tego 100 sztuk pasków do glukometru, ta matematyka mnie przerasta. Na wypisie jest zresztą informacja, że recepta była na 3 opakowania. (prywatny lekarz mi wyjaśnił, że na recepcie nie może być więcej niż 2 opakowania, bo takie są wytyczne NFZ co do refundacji, serdecznie współczuję cukrzykom na insulinie biegający co chwilę do lekarza po receptę, no i gratulacje dla urzędników, którzy wolą płacić na wizyty lekarskie niż rozsądnie rozwiązać taki problem)

Po 4 godzinach wybywam z cudowniej kliniki z poczuciem zmarnowanego czasu i sporą liczbą pytań bez odpowiedzi, przede wszystkim o rozwój dziecka, na który wpływa cukrzyca, bo oczywiście USG, które pozwoliło by sprawdzić rozwój i wagę małego, nie robi się w ramach „intensywnego nadzoru”, nikt też nie tłumaczy kiedy może dojść do jakich powikłań. Jeśli dobrze zauważyłam, to w międzyczasie do mojej karty wstemplowało się 3 lekarzy i położne. Ciekawa jestem ile za tą zabawę płaci NFZ? Od stempelka, czy od godziny? Zapewne teraz, w ciągu dwu tygodni pacjentki podzielą się na te, które stać na prywatną konsultację i USG, na te, które poradzą sobie z dietą i będą miały nadzieję, że jest ok (albo mają na tyle małą wiedzę, żeby nie dociekać), oraz na mały procent upierdliwców, którzy wrócą do przychodni. Generalnie jest to jakiś sposób, aby zmieścić się w limitach, tylko że należałoby zacząć od ograniczenia tej „kliniki jednego dnia” do 15 minut dla dietetyka i 5 na wypisanie pasków. Obsługę glukometru naprawdę da się opanować samemu.

Żeby nie było, że zawsze narzekam na szpitale, to dla porównania wizyta na ostrym dyżurze ze skurczami, konkretnie na Wołoskiej – mniej więcej w 30 minut, zrobili więcej badań niż Karowa w ciągu 4 godzin, dostałam receptę, wyjaśnienie co się mogło stać, wypis trochę bardziej na poważnie (te teksty o „pouczaniu” są komiczne) i zostałam wypchnięta do domu. Wszystko to nawet bez sprawdzenia mojego dowodu ubezpieczenia, bez rozczulania się, ale za to profesjonalnie.

Leave a Reply »»