ponarzekam sobie…

a co, czasem trzeba sobie ponarzekać, żeby ciśnienie zmniejszyć. Proszę państwa ja nie wiem, kto nazwał ciążę stanem „błogosławionym”, ale z pewnością był to facet i to na dodatek nie żonaty, siostry pewnie też nie miał. Im więcej miesięcy za mną, tym bardziej podziwiam kobiety, które na ciążę decydują się ponownie, a już najbardziej takie, które dobrowolnie zgadzają się zostać surogatkami. No bo jak cieszyć się ze stanu, w którym przez pierwsze 3 miesiące rzygałam (pardon, wymiotowałam) jak przysłowiowy kot (mogłabym stanowić konkurencję dla nieodżałowanego Skunksika, z tymże ja udawałam się do łazienki, a nie na podłogę obok kanapy). Na święta kupiliśmy masę dobrych rzeczy, a ja mogłam jeść rzodkiewki oraz cheeseburgery i popijać bardzo sztucznym napojem w bardzo sztucznym zielonym kolorze (i to by było tyle o zaleceniach mądrych dietetyków). Ze względu na stan toalet „na mieście” zdecydowanie wolałam ten okres przesiedzieć w domu, albowiem nie jestem jeszcze dość asertywna, żeby bezstresowo wymiotować na trawnik. W 4 miesiącu udało się wyjść na prostą i zjeść opakowanie ulubionych czekoladek Lindta, które czekały na tą wielką chwilę od Bożego Narodzenia. Już radośnie nastawiałam się na spędzenie kolejnych miesięcy na włóczeniu się po okolicy, tudzież oglądaniu wszystkich okolicznych parków, gdy matka natura zechciała usadzić mnie w łóżeczku i tak przez kolejne dni przebywałam w pozycji półsiedzącej, bo każda inna powodowała zwijanie się w supełek z bólu. No niestety nie potrafię spać w takiej pozycji (ani półsiedzącej, ani supełka). Odzyskałam nadzieję, kiedy wreszcie udało mi się położyć i wyspać, ale i tak na Wielkanoc nie było żadnej opcji na mój ukochany mazurek kajmakowy, gdyż nie byłabym w stanie stać nad tym cholernym kajmakiem. Generalnie nadal stanie dłużej niż kilka minut mnie przerasta (gorące pozdrowienia dla wszystkich urzędów państwowych, w których obecnie nawet nie próbuję cokolwiek załatwić). W każdym razie jak udało się ponownie opanować poruszanie się, to padłam po słoiku kompotu z truskawek. Mój ulubiony tryb odżywiania – 2 razy dziennie opchać się jak szczęśliwy człowiek pierwotny po polowaniu – okazał się z lekka kolidować z poziomem cukru we krwi. I tak przeżuwam co 2 godziny jakiś mały, niesłodki kęsek i czuję się wiecznie nienajedzona, oraz smutna z powodu braku stosownych uszczęśliwiających składników z czekolady. Oraz mam pokłute wszystkie palce i już nawet przestałam reagować na wbijanie igły w palec. Oraz nie jestem specjalnie mobilna, gdyż nie posiadam butów, które obecnie mieściły by się moje spuchnięte stopy, a jeżdżenie samochodem w klapach nie wydaje mi się szczególnie dobrym pomysłem.

Cały czas siedzę w domu, więc czasem mam dość rozmów ze stworzeniami robiącymi „miau” i „mrrr”. Jeśli od czasu do czasu zajrzę na jakąś stronę dla przyszłych mamuś, to jeszcze dodatkowo czuję się jak odszczepieniec, gdyż nie skupiam się na „brzuszku”, nie rozmawiam z nim, nie rysuję serduszek ani nie trwam w radosnym, podniosłym oczekiwaniu. Ja po prostu już chcę czekolady, oraz tatara, oraz również tego malucha, coby się przekonać, że nic mu nie jest i to moje przeżuwanie gotowanych warzyw nie idzie na marne.

No, a teraz sobie pójdę popatrzeć jak trwa rośnie

One Response to ponarzekam sobie… »»


Comments

  1. komentarz by Depesz | 2011/05/24 at 15:38:58

    Trzymaj się. Dasz radę. Pamiętaj: to wszystko minie. A czekolada, tatar i inne świetne rzeczy nadal będą. I sobie odbijesz :-)


Leave a Reply »»