Mój ci jest ten koszyczek
Mamy święta, dla niektórych mają one wymiar religijny, dla innych nie. Jednak większość (coś około 90% chyba) idzie z święconką do kościoła. Dla jednych to dowód na religijność narodu, dla innych czystej wody hipokryzja. Czy którakolwiek ze stron zastanawia się nad tym, że święconka na Wielkanoc, podobnie jak dzielenie się opłatkiem na Boże Narodzenie, to wyraz około religijnej tradycji danego regionu, a nie wiary jako takiej?
Święta są poprzedzane postami. Z tej okazji „w necie” pojawiły się rozważania, czy można komuś zwrócić uwagę, że postu nie przestrzega? Szkoda, że nie jest oczywiste, że nie można. To przecież założenie, że druga osoba ma takie samo wyznanie i takie same odczucia względem postu (naprawdę nie dla każdego niejedzenie mięsa ma jakikolwiek wymiar poświęcenia, a to ograniczenie jest sensem postów). Jednak, co bardziej mnie szokuje, nie jest też oczywiste, że nikt nie ma prawa potępiać „za hipokryzję” wszystkich niewierzących „koszyczkowiczów”, malujących jajka, szykujących święconkę i dzielących się tradycyjnym „jajeczkiem” z bliskimi. Zaskakujące, że osoby „demonstracyjnie niewierzące” (że tak to określę), same domagając się tolerancji dla siebie, potrafią być równie zapiekłe w swoich przekonaniach co katoliccy ortodoksi. Zgodnie z zasadą „ja nie wierzę i nie szykuję święconki, to Ty musisz udowodnić, że nie wierzysz, nie szykując święconki”. Gdzie tu sens?
Już od jakiegoś czasu nie czuję związku z Kościołem Katolickim, w takiej formie, w jakiej działa on w Polsce. Hipokryzją było by dla mnie uczestniczenie w spowiedzi, wzięcie kościelnego ślubu, czy przyjęcie komunii w czasie mszy. Jednak czuję się związana z tradycją, uważam, że ta tradycja w jakimś sensie odróżnia mnie od kogoś, kto np urodził się we Francji czy w Palestynie i został wychowany w tamtejszej tradycji. Nie czuję potrzeby bycia zunifikowanym obywatelem świata, czuję potrzebę zakorzenienia w konkretnym małym kawałku tegoż świata. Wychowałam się w rodzinie, w której święta miały wymiar rodzinny, nie duchowy, i sprawia mi przyjemność zachowywanie tej tradycji. Jestem sentymentalna i jestem tego w pełni świadoma (i nie zawaham się tej cechy użyć…)
Wielkanoc to jest ten jedyny moment w roku, kiedy dobrowolnie fatyguję się z koszyczkiem do kościoła. Oglądam cudze koszyczki, oglądam „Grób Pański” (coroczne źródło refleksji nad narodem dla socjologa) i wysłuchuję pogadanki księdza nad koszyczkami i nawet odżałowywuję pewną kwotę za tą aktywność księdza (jest praca, jest zarobek
), a potem dzielę się jajkiem, składając bliskim życzenia. Żadna z tych czynności nie wymaga ode mnie uczestnictwa w religijnym misterium i gdyby mi ktoś bezpośrednio zarzucił hipokryzję, to myślę, że taka osoba przestała by być moim znajomym, jako osobnik o zbyt ograniczonych horyzontach.
A tak w ogóle to przykro mi trochę, że tegoroczne święta są bezkoszyczkowe, bo ciąża skutecznie uziemiła mnie w domu.
Posted by By: elffaran |
