obywatelu nie żryj tyle!
Żyjemy w czasach żywnościowego dobrobytu, przynajmniej większość z nas nie zastanawia się nad tym, czy jedzenia wystarczy (aczkolwiek w Polsce nadal są rodziny, które głodują). Jemy za dużo białka, za dużo cukrów, zbyt kalorycznie, zbyt łatwo przyswajalne jedzenie, po prostu za dużo wszystkiego. Jemy też drogo, bo rezygnujemy z prostych potraw na rzecz wysoko przetworzonej żywności. Zamiast chleba z masłem – batonik, którego reklama utkwiła gdzieś w naszym mózgu. A raczej nie zamiast – tylko dodatkowo, bo z jednej strony mamy nawyki naszych przodków, żyjących przez setki, czy raczej tysiące lat w czasach permanentnych braków. Nawyki, które mówią jak jeść tanio i efektywnie, aby szybko się najeść, przyswoić możliwie dużo z możliwie tanich składników. Tak więc warzywka podgotowujemy i polewamy tłuszczykiem, do mięsa wcinamy „dodatek skrobiowy” (zawsze mi się podobała ta nazwa w menu stołówkowym), a w między czasie podjadamy owocki. A z drugiej strony reklamy mówią nam „jedz drogo i przyjemnie”, po co masz gryźć owoce, łyknij owocowy deser; nie gotuj obiadu, kup gorący kubek; po co tracić siły na pieczenie ciasta, w automacie czeka na ciebie batonik. Szybko, łatwo i przyjemnie, tylko zapłać. Pokaż, że cię stać! Jemy drogo, ale dzięki temu mamy dodatkową satysfakcję „podążania za trendami”.
Tak jesteśmy skonstruowani, że jedzenie sprawia nam przyjemność, instynkt mówi, żeby jeść na zapas. Większość z nas daje się więc złapać w obie pułapki, zjada i obiad (bo tak nas babcia nauczyła) i gorący kubek (bo reklama była fajna i wszyscy koledzy jedzą). Najpierw rośniemy wzwyż. Kolejne pokolenia lepiej odżywione od przodków, są też wyższe. A potem rośniemy w szerz, w końcu gdzieś to żarełko musi się zmieścić.
Diety nie są fajne. Większość diet usiłuje opanować nasz instynkt zjadania na zapas i podążania za stadem (pardon, za reklamą…). Diety mówią „zjedz sobie jedną paprykę, a nie od razu kilogram papryki nadziewanej mięsem i zapieczonej z żółtym serem”, „jeden gotowany ziemniaczek, zamiast paczki czipsów”, ale to wcale nie jest zachęcające komunikaty, nie mają szans wygrać z wszechobecnym „Kupuj, jedz, konsumuj!”. W związku z czym diet owszem pojawia się dużo, ale zapominane są równie szybko jak powstają. Nie jesteśmy rozsądni, a diety wymagają rozsądku.
Na tym tle dieta Dunkana wyróżnia się fantastycznie, wpisuje się w otaczające nas nawoływanie do konsumpcji. Dunkan, tak jak reklamy, mówi „jedz dużo i drogo”, a przy okazji podczepia się pod wszystkie „urodowe” reklamy, dodając „i bądź szczupły i piękny”. Dunkan wymaga od nas nie rozsądku (wręcz przeciwnie), a chęci podążenia za reklamami. Na początek – wyrzuć wszystkie tanie produkty, nie marnuj cennego miejsca w swoim żołądku na takie rzeczy jak chleb, ziemniaki,kasze, makaron, czy mąka. To nie jest trendi. Nie jedz owoców, ogranicz warzywa. Opchaj się za to po uszy krewetkami, ostatecznie jak cię na nie nie stać na krewetki, może być chude wołowe albo kurczak (ale pamiętaj, celem zasadniczo są krewetki, ewentualnie paluszki krabowe). Lubisz opychać się słodyczami oglądając seriale? Ależ nie krępuj się – chudy twarożek z słodzikiem da radę (broń cię panie boże kupować normalny twaróg, kup ten „0%”, dwa razy droższy i skutecznie pozbawiony większości wartości żywieniowej). Jak masz więcej fantazji to z tegoż twarożku i stosiku zapychaczy da się upiec ciacho (nic to, że niektórym robi się słabo na widok przepisów zawierających szklankę słodziku i mazeinę, toć im dalszy od natury produkt, tym bardziej pasuje do diety). Masz ochotę na żółty ser – proszę bardzo, w delikatesach jedną nóżką bardziej z pewnością znajdziesz wersję sera składającego się głównie z dodatków smakowych i napisu w rodzaju „0%”. Jedz, jedz, jedz, nikt cię od jedzenia nie będzie powstrzymywał. Nic to, że niewiele z tego jedzenia jesteś w stanie przyswoić bo np niektóre witaminy rozpuszczają sie tłuszczach, a niektóre związki występują głownie w produktach zbożowych.
Jedz i płać. Dunkan nie jest dietą dla oszczędzających. Aczkolwiek z tego co zaobserwowałam i wyczytałam – większość ludzi traci po pewnym czasie apetyt. Po prostu nerki wysyłają do mózgu sygnał „stary, nie dajemy rady już oczyszczać organizmu z tego śmiecia, przyhamuj trochę!” Za pewne podobny efekt dało by podjadanie dowolnej, wolno działającej trucizny. Jednak zasadnicze ukierunkowanie naszego mózgu na konsumpcję nie ulega zmianie.
Popularność diety Dunkana jest tak duża, że spokojnie można ją potraktować jako zjawisko społeczne, zwłaszcza, że ludzie łączą się w koła wsparcia „my vs oni”. Na pracowym open space zawsze się znajdzie jakiś „ony”, który na widok obiadu składającego się wyłącznie z mięsa głupio wykrzyknie „czyś ty oszalał?”. Z pewnością znajdą się też „nasi”, z którymi będzie można omówić wygląd, smak i przepisy na łysego kurczaka. W sieci pełno jest tematycznych forów, na których można znaleźć wsparcie i zapewnienie, że „ta dieta wcale nie szkodzi, tak jak twierdzą ci co jej nie rozumieją, przecież można jeść dowolnie dużo ryb, ryby są zdrowe” i przede wszystkim koronny argument „chudnę! a w żaden inny sposób schudnąć nie mogłam!”. Zwłaszcza kobiety lubią się chwalić „suwaczkami” z liczbą spadających kilogramów (aczkolwiek charakterystyczne dla tej diety jest to, że stosuje ją również wielu mężczyzn, przypuszczam, że dlatego iż ta dieta ani słowem nie wspomina, że wypadało by czasem piwny brzuszek na spacer wyprowadzić).
Dunkan jest modny, bo daje się ładnie przedstawić. Nadal jesteśmy w erze popularności blogów tematycznych, koniecznie ozdobionych ładnymi zdjęciami. Kto nie załapał się do głównego nurtu blogów kulinarnych, może założyć blog o jedzeniu zgodnym z dietą Dunkana. Sałatka z majonezem z parafiną (nie żartuję), na zdjęciu wygląda równie uroczo i smacznie jak sałatka z normalnym majonezem. I znów mile łechce chęć konsumowania.
A mnie w tym wszystkim zdumiewa jak łatwo ludzie są gotowi zaryzykować swoim zdrowiem (nerki naprawdę nie odrastają!) w imię właściwie nie wiem czego?
Posted by By: elffaran |
