ciąża to nie choroba, ale też nie sama przyjemność

Kilka razy podchodziłam do napisania czegoś na temat listu czytelniczki, jaki opublikowały Wysokie Obcasy „Jestem w ciąży, nie róbcie ze mnie chorej”. Ten tekst jest tak napisany, że jak ktoś się z nim nie zgodzi, to wyjdzie na darmozjada nadużywającego przywilejów i paranoiczkę bojącą się, że kichnięcie spowoduje poronienie, a z drugiej strony – osobiście uważam, że propagowanie takiego podejścia, że „ciąża to nic takiego” jest szkodliwe. Owszem, zwolnienia w ciąży są nadużywane i uważam, że nie powinny być pełnopłatne, powinny za to wpływać na ograniczenie urlopu, wtedy stały by się może faktycznie zwolnieniami zdrowotnymi. Z drugiej strony – nie wszystkie mamy idealnie funkcjonujące organizmy. Dla niektórych ciąża to sajgon i III wojna światowa  z własnym ciałem i to jest tak samo normalne zjawisko, jak to, że „nic się nie stało, to tylko brzuszek”.

Co jednak bulwersuje mnie najbardziej, to propagowanie niewiedzy i błędnych informacji. (Nie wiesz, zapytaj lekarza!). I tak zdaniem autorki USG, na początku ciąży, w 6-7 tygodniu, nie ma sensu. Oczywiście, z punktu widzenia NFZ nie ma sensu, bo ciąża pozamaciczna i bez USG się objawi. Jednak dla części kobiet może być istotne upewnienie się czy zarodek jest umiejscowiony poprawnie, poza tym im wcześniej wykryje się ciąże pozamaciczną tym lepiej.(Wczesne wykrycie ciąży pozamacicznej umożliwia jej operacyjne (laparoskopowe) usunięcie zanim pęknie jajowód.)

Sprawdzenie czynności serca (tyle widać na wczesnym USG), jest ważne w decyzji o tym, czy dawać leki podtrzymujące, czy nie. No ale autorka uważa, że w ogóle nie ma czegoś takiego jak leki podtrzymujące i w tym momencie to po prostu ręce opadają.

„Na tym etapie rozwoju medycyna jeszcze nie ma przewagi nad naturą. Cotygodniowe USG i jakieś tabletki nie zapobiegną wczesnym poronieniom.”

To zdanie właśnie mnie zbulwersowało, bo dzięki publikacji na popularnym portalu ileś kobiet uwierzy, że do 3 m-ca jest skazana na naturę. Tymczasem to właśnie jest kluczowy okres kiedy „jakieś tabletki”, a raczej bardziej przykre zastrzyki, globulki i inne takie, mogą znacząco podnieść prawdopodobieństwo, że ciąża się jednak utrzyma. W przypadku zaburzeń hormonalnych (za niski poziom progesteronu, problemy z tarczycą) to czy kobieta dostanie leki czy nie, może oznaczać być albo nie być dla ciąży.

Bulwersuje mnie też ogólna wymowa tego listu, w rodzaju „ja czuję się świetnie, biegam, jeżdżę na rowerze, pracuję, w związku z czym uważam, że wszyscy tak mogą, a jak tak nie robią to znaczy, że cackają się ze sobą po prostu”.  Fajnie, że autorkę ubawiło, że raz zwymiotowała do kosza na przystanku. Pominę, że współprzystankowiczów to pewnie nie ubawiło, aż tak bardzo. Mdłości od czasu do czasu pewnie nie są straszne. Jednak dla mnie 2 miesiące, kiedy wymiotowałam nawet herbatą z imbirem (która rzekomo miała mdłości zmniejszyć) i własną śliną, naprawdę nie były zabawne. Do tego nagłe zawroty głowy powodowały, że bałam się wyjść sama z domu.  Jasne, też przed ciążą uważałam, że ciąża to nie choroba i w ogóle nic się nie zmieni w moim życiu, ale zmieniło się bardzo dużo. Wielu rzeczy nie mam siły zrobić, po kilku godzinach  na uczelni jestem tak zmęczona, że odsypiam 12 godzin. Też bym chciała móc powiedzieć, że nie ma co robić wielkiego halo. Pojeździłabym na rowerze, ale podejrzewam, że małżonek profilaktycznie nie pozwoli :) , a sama obecnie nie będę miała siły roweru wyciągnąć i to też są realia, takie same jak tej  pani, której naprawdę zazdroszczę przechodzenia ciąży miło, łatwo i przyjemnie.

I na koniec – nie wierzę, że można być aż tak beztroskim po 5 latach starań i poronieniu (jak twierdzi autorka), bo to jest mentalność nastolatki. Po kilku latach starań, rezygnacja z roweru naprawdę nie wydaje się dużym poświęceniem i człowiek woli zminimalizować każde ryzyko, żeby tylko nie powtarzać tych lat. Zresztą jak ktoś poronił, to logika nakazuje sprawdzić przyczynę, a nie  „Jak ma przetrwać, to przetrwa.”

Leave a Reply »»