nienawidzę urzędów
W naszym pięknym kraju są dwie instytucje, które powodują u mnie atak paniki na samą myśl, że muszę się do nich udać. Na samą myśl o zetknięciu z publiczną służbą zdrowia, oraz urzędami państwowymi moje komórki mózgowe kurczą się i zamierają, a co szybsze od razu popełniają samobójstwo. Zwyczajnie nie rozumiem zasad, jakimi kierują się te instytucje, zawsze więc coś wychodzi mi „nie tak”. Nie znam też terminów, w jakich urzędy są zobowiązane reagować, gdyż na stronach urzędów zazwyczaj takich terminów nie ma, a aż tak zawzięta, by zgłębiać ustawy, to nie jestem (błąd, w tym kraju powinnam!)
Na początku grudnia poprosiłam Urząd Gminy o wypis i wyrys z ewidencji, załączając stosowny formularz i dokument uprawniający mnie do poproszenia o coś takiego. Na pytanie po jakim okresie mogę odebrać dokumenty usłyszałam „to zależy, ktoś do pani zadzwoni jak będzie gotowe”, taka sama odpowiedź padła na pytanie o koszt. Zgodnie z prośbą zostawiłam numer komórki. Naprawdę nie wiem, skąd we mnie takie podkłady naiwności, by uwierzyć, że ktoś z Urzędu do mnie, szarego petenta, zadzwoni.
Po tym, jak w grudniu i styczniu nikt się do mnie nie odezwał, poczułam się lekko zaniepokojona i próbowałam się dodzwonić do UG. Niestety telefony na stronie Urzędu pełnią chyba tylko funkcję ozdobną, nikt nie odbiera. Gdzieś na obrzeżach umysłu kołacze mi się informacja, że 3 miesiące to maksymalny czas, w którym Urząd musi się ustosunkować do pisemnej prośby. Tak wiec na koniec lutego powlokłam się do Gminy raz jeszcze. Papiery spokojnie sobie leżały, z datą wystawienia 16 grudnia… Urzędniczka stwierdziła, że nie wie, dlaczego nikt nie zadzwonił i popatrzyła na mnie współczująco, podając nowy formularz do wypełnienia. Dokument z datą 16 grudnia jest bowiem mniej więcej bezwartościowy, po 3 miesiącach ten dokument jest nieważny, a spraw do których jest potrzebny nie załatwia się w kilka dni. Tak więc teraz już wiem, że wystawienie takiegoż dokumentu Gminie zajmuje około tygodnia i kosztuje 240 zł. Tylko nie pojmuję dlaczego nie powiedziano mi tego w grudniu, albo bardziej stosownie – dlaczego takiej informacji nie ma na tablicy informacyjnej i na stronie Urzędu? Po co ta heca z telefonami i skąd założenie, że każdy petent nosi taką kwotę w kieszeni i to w gotówce? Jestem sobie w stanie wyobrazić osoby, żyjące od pierwszego do pierwszego, dla których 240 zł to wydatek, który trzeba zaplanować, a nie grosz, który od ręki się wyciągnie po telefonie Gminy.
Wlokłam się z rzeczonego Urzędu przybita faktem bezsensownego stracenia 3 miesięcy i konieczności ponownego załatwienia dokumentów uprawniających mnie do zostania petentem szanownej Gminy (albowiem ten dokument jest oczywiście sprzed 3 miesięcy) i przyszło mi do głowy, że coś takiego nigdy nie mogłoby się zdarzyć w prywatnej firmie. Jedynie jednostki budżetowe mogą sobie pozwolić na marnotrawstwo czasu i pieniędzy, i to nie tylko swoich, ale również petentów. Wystawienie tego dokumentu kosztowało konkretny czas pracy urzędników i to więcej niż jednej osoby. Skoro nie wiedziałam, kiedy odebrać dokument, to nie zapłaciłam za niego, a więc ta praca poszła do kosza. Firma policzyła by sobie te 240 zł jako stratę, urząd po prostu wyrzuci papier.
Nawet jeśli upieramy się przy dzwonieniu, to dzwonienie jest najtańszym elementem zabawy, bo może zrobić to całkowicie niewykwalifikowana osoba i założę się, że w firmie prywatnej siedziała by niunia na recepcji i dzwoniła do skutku, zaznaczając sobie w tabelce, czy dodzwoniła się (bo nie wykluczam, że ktoś „dzwonił”, tylko akurat trafił na wyłączony telefon, czy coś tam)
Niemniej – zamiast ozdóbek procesu w rodzaju telefonów, należało po prostu ustalić jasne zasady, co ile czasu zajmuje i ile kosztuje.
Posted by By: elffaran |
