wychowanie młodzieży po polsku
Trafiłam w Polityce na artykuł o kapitanie Baranowskim – generalnie achy i ochy pod adresem jego działalności, a wszystko to w formie „obiektywnej”, no i zawistnicy normalnie kłody pod nogi mu rzucają z zazdrości wobec wielkiego żeglarza i wychowawcy młodzieży. Jakim jest żeglarzem – nie wiem, natomiast co do wychowawcy – z pewnością nieodpowiedzialnym, skupionym na medialnej wrzawie i pieniądzach. I to jest mój indywidualny punkt widzenia wynikający z punktu siedzenia, czyli w tym konkretnym wypadku z wydarzeń z czasu kiedy to i ja byłam „młodzieżą”. Nie wykluczam, że połamane maszty były kolejnym przejawem braku odpowiedzialności i nieumiejętności przewidywania konsekwencji współpracy z młodzieżą przez tegoż bohatera.
Dawno, dawno temu Baranowski prowadził dwie inicjatywy – „szkołę pod żaglami” (funkcjonującą do dziś), gdzie trafiali młodzi adepci żeglarstwa, najczęściej harcerze i coś, co bodajże nazywało się „wakacje pod żaglami”, gdzie trafiały całkiem przypadkowe dzieciaki. Miały być to kolonie współfinansowane przez zakłady pracy. Baranowski roztaczał wizję jak to dzieci miło spędzą czas w Trójmieście, poznają oba stojące wówczas w gdyńskim porcie żaglowce, będą mieć lekcje angielskiego, a spać będą na okręcie, co obniży koszty wakacji. Piękna wizja. Jedyne wymaganie, to że dzieciaki mają mieć kartę pływacką, nikt nie interesował się stanem zdrowia, kondycją, a nawet jak się potem okazało … wiekiem przyszłych mieszkańców Daru Pomorza.
Moich rodziców nie stać było wówczas na „normalny” wyjazd, a do harcerstwa nie należałam, więc harcerskie obozy odpadały. To była jedyna szansa na wakacje z rówieśnikami, zamiast kolejnego wyjazdu do rodziny. Na miejscu okazało się, że kolonie składają się z dzieciaków w wieku od 12 do 16 lat razem, w jednej grupie. Dzieciaków o bardzo różnym stanie zdrowia, co było widać gołym okiem. Oprócz mnie na statku była jeszcze jedna dziewczyna, ale akurat to ja byłam najstarsza z całego towarzystwa. Co ciekawsze jednak okazało się, że Dar Pomorza jest niesamowicie zasyfiony, dosłownie lepki i śmierdzący, a celem naszego pobytu na nim, ma być… wyczyszczenie tego mówiąc wprost gówna. Poznaliśmy też naszych „opiekunów” – kadetów z pierwszego roku Akademii Morskiej. W tym wieku to chłopcy z skoszarowanych szkół mają mentalność konia na pastwisku i takąż umiejętność zaopiekowania się kimkolwiek.
Spać mieliśmy w hamakach, niczym starzy „żeglarze”. Tacy średniowieczni żeglarze. Do przykrycia śmierdzący koc. Hamaki miały zaczepy na wysokości dostosowanej do wysokiego faceta, a dostawać się na nie należało po podciągnięciu na rękach. Akurat mało realne dla filigranowej nastolatki. Nie mówiąc o rewelacyjnych skutkach hamakowania dla nastoletnich kręgosłupów.
Do czystych pomieszczeń mieliśmy zakaz wstępu, co akurat nie było dziwne, ponieważ po jednym dniu śmierdzieliśmy i lepiliśmy się jak statek. Żadnej możliwości utrzymania higieny, żadnych pryszniców, jedynie brudne kible z umywalkami, które zdaje się naszym opiekunom służyły za pisuary. To wszystko oczywiście do oczyszczenia, po tym jak na sugestie, że mam to umyć, zasugerowałam barwnymi słowami co by opiekun oddalił się szybko, opiekun wykazał się słownictwem równie barwnym i w ten sposób rozpoczęłam pasmo awantur o nie zmuszanie mnie do rzeczy, które stanowią zagrożenie dla mojego zdrowia. Po tej pierwszej, razem z koleżanką trafiłyśmy do kambuza. Kambuz był na trasie zwiedzania, ale już na tym etapie to już zaglądanie zwiedzających nam zwisało. Można było przynajmniej umyć ręce i twarz, co za sukces w walce o przetrwanie. Można było się też łatwo oparzyć, bo malutkie pomieszczenie wypełnione było kotłami i płytami grzewczymi, no i przewidziane na jedną osobę, a nie na kilka. Kolejna niespodzianka, nie ma ani kucharza, ani independenta. Żywić się mamy tym, co ugotujemy z rzeczy przywiezionych z miasta przez kadetów, a ci o zakupach pojęcia mają równie nędzne, jak my o gotowaniu. W dodatku bawi ich dokuczanie dziewczynom, więc gotowanie obiadu kończy się wymieszaniem w kotle kilku rodzajów zup z proszku, bo kolesia cieszy wsypywanie różnokolorowych proszków (wspominałam o mentalności koni? konie są inteligentniejsze!) Wymieszane proszki tworzą po prostu bełt. Na szczęście obie już się najadłyśmy półproduktami. Nawet nie próbujemy jeść „obiadu”, inni niestety niespecjalnie mają wybór. Schodzić ze statku, w celu kupienia czegoś jadalnego, oczywiście nie wolno.
„Opiekunowie” dbają żebyśmy się nie nudzili, tak jak dba się w każdych koszarach… Któremuś dzieciakowi kazali ściągać liną żagle. Lina rozpruła mu obie dłonie i za chwilę trafił do „kambuza” z rękami jako tako obwiniętymi bandażami. Kambuz jest najwyraźniej miejscem, gdzie można upchnąć wszelkie problemy. Kolejna atrakcja to chodzenie po wantach (tak to się chyba nazywa) bez zabezpieczeń. Jest już wieczór, więc wyciągają nas z kambuza. Wanty wyjaśniają sens wymagania karty pływackiej, ale szczerze wątpię czy ktoś, kto pływał w ciepłym basenie, wypłynie też z lodowatego Bałtyku, zwłaszcza jak chlupnie z kilkunastu metrów. Dopytuję się, czy skoro nie jestem w stanie podciągnąć do hamaka, to naprawdę chcą, żebym łaziła po linach? Do któregoś z tępych miśków w końcu dociera… nie chcesz, nie właź, ale pozostałych zmuszają. Na szczęście tym razem obywa się bez wypadku.
Mam po dziurki w nosie hamaka, wolę spać na podłodze. Wydaje się nawet czystsza od hamaka. Niespodzianka, okazuje się, że w szafie są normalne materace. W nocy kolejna atrakcja – bieganie po porcie. I kolejna awantura. Nie mogę biegać. Kolejna osoba okazuje się mieć problemy z krążeniem. Zostawiają nas w nocy samych, w pustym porcie i każą czekać. Rewelacyjna opieka, ale przynajmniej święty spokój.
Kolejny dzień, próbujemy domyć pokład (co za g…!), gołymi rękami i szczotą. W między czasie lekcja angielskiego, na której jakaś niunia z łapanki upiera się violet to niebieski. Nawet mnie to nie rusza, niby jak ma prowadzić lekcje w grupie w której, niektórzy znają angielski a inni się go nigdy nie uczyli. Kolejny obiad z proszku, tym razem udało się trafić na jeden rodzaj zupek. Sam master Baranowski zaszczyca messę, je jedzenie przyniesione z miasta, pokazując zaproszonym gościom swój kolejny sukces. Normalne wszyscy czujemy się wzruszeni w roli sukcesu.
No i kolejna rozrywka – gimnastyka. Niby nic, tylko koleś każde dziewczynom skakać, tylko po to, żeby się pogapić na biust. Wspominałam już, że nawet jako nastolatka miałam barwne słownictwo? No właśnie. Jestem wściekła nie o sprzątanie, ale o to, że kadet się chamsko przystawia. Facet jest nachalny, a ja zaczynam czuć się poważnie zagrożona. Baranowski po popisowym obiadku zawinął się z okrętu i wróciliśmy do punktu wyjścia, na statku jest banda kadetów, przez nikogo nie kontrolowana i z raczej niskim poczuciem odpowiedzialności. Zaczyna się karczemna awantura, tym razem wrzeszczymy na siebie na cały okręt, a przecież trwa zwiedzanie, więc zagarniają nas na zakazane salony. W środku awantury dzwoni moja mama, mówię „właśnie stąd wyjeżdżam, dziś będę w domu” i odkładam słuchawkę. Kadetów zatyka. Zanim się odetkają żądam biletów powrotnych i pakuje się. Część dzieciaków chce również wracać, ale ich straszą, że nie trafią do dworca, który ponoć jest „strrrrasznie daleko”. Strasznie, ale strasznie mnie to bawi, gdyński dworzec jest jakieś 15 minut od portu, a ówczesne Trójmiasto znam prawie tak jak Warszawę, proponuję więc, że kto chce może iść ze mną – obiecuję odstawić na dworzec i zamienić bilety. Ze statku schodzi połowa dzieciaków. Kadeci są szczęśliwi, że pozbyli się problemu (co za odpowiedzialność!)
Zamieniamy bilety, sobie biorę bilety na wieczorny pociąg i zmywam się do Gdańska, bo Gdyni nie lubię. Moja mama poinformowana, że „już” wyjeżdżam uznała, że wrócę wcześniejszym pociągiem. Komórek wówczas nie ma, więc kiedy okazuje się, że nie przyjeżdżam, wszczyna dym. Jak się potem dowiem, „opiekunowie” przywróceni do pionu, szukali mnie na gdyńskim dworcu i u mojej gdańskiej rodziny (wzbudzając przerażenie cioć). Szukanie oczywiście nie miało szans powodzenia, bo zawsze lubiłam łazić po Gdańsku i Sopocie.
Wszystkie dzieciaki na szczęście dotarły do domów. Grupa pozostała na statku podobno w nagrodę za lojalność dostała lepsze jedzenie i wycieczki, Baranowski się najwyraźniej skapnął, że jego PR może ucierpieć. Zakład pracy dał sobie spokój z organizowaniem dalszych wyjazdów, ale Baranowski na pewno znalazł kolejnych naiwnych.
Patrząc na to z perspektywy czasu – prawdopodobnie pieniądze dostawał nie tylko za „kolonie”, ale i z kontraktu na utrzymanie „Daru Pomorza”. Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby to czyszczenie zapuszczonego statku było tak z dobrego serca. A sam pomysł nie był zły, ale pod warunkiem przedstawienia jasno jak będzie wyjazd wyglądał, sprawdzenia zdrowia uczestników (naprawdę nie każdy może biegać i wspinać się!), no i zapewnienia odpowiedniej opieki. Natomiast jeśli organizacja i opieka wyglądała tak samo w innych jego przedsięwzięciach, to ja się dziwię, że te statki wracały w jednym kawałku.
Aha, sytuacja została „wytłumaczona”, że kadet „się zakochał”, a ja stanowiłam przykład wyjątkowo „niezdyscyplinowanej młodzieży”. Zapewne „niezdyscyplinowanie”=”obrona własnego bezpieczeństwa”.
Posted by By: elffaran |
