Umarł król, niech żyje król
Zwolniło się w naszym stadzie jedno kocie miejsce i jak wiadomo taki stan nie mógł trwać długo. Trzeba było zatem przypomnieć mężusiowi, że dawno temu (w sumie to zaraz po ślubie!), obiecał mi devon rexa. Devony są moją ulubioną rasą głównie dzięki absurdalności swojego istnienia. Taka mutacja może funkcjonować jedynie jako domowe pupilki, bowiem z punktu widzenia samodzielnego przetrwania, to łysawy kot, z krótkim kręconym futerkiem i wąsikami również kręconymi, słabo nadającymi się do wykorzystania jako czujki, po prostu by nie przetrwał. A do fizycznych zmian trzeba dodać jeszcze mentalne, devony mają problem z porozumieniem „między kocim”, bo ich gestykulacja jest trochę inna (machają ogonem również jak są zadowolone), za to są skrajnie interaktywne względem ludzi. Mając devona w domu, masz go prawdopodobnie przyczepionego do spodni, albo zwisającego z twojego karku. Opcja „boję się obcych” u naszego egzemplarza w ogóle nie została zainstalowana. Obawiam się, że nie została zainstalowana żadna opcja zaczynająca się od „boję się”… co poskutkowało kilkoma malowniczymi wypadkami w rodzaju spadanie z 1,5 metra. Kotu nic, ja prawie zawało dostałam.
No ale do rzeczy, oto Herman Pierwszy (w końcu to nasz pierwszy rasowy), który najprawdopodobniej potomności będzie znany jako „Tłusta Dupka”, bo rzeczona tylna część rośnie zdecydowanie najszybciej i to w szerz głównie. Co nie jest dziwne, bo w porach między posiłkami, ogon kotka wystaje z gara robiącego za psią miskę. Reszta kota w garze przegrzebuje psie suche, w poszukiwaniu najsmaczniejszych elementów.Tak, nasz pies powinien już mieć aureolę świętości, za to, że nie zjadł małego razem ze swoimi chrupkami.

Lokalnie Hermanek został przemianowany na „Demonka”, bo mu tak z oczek patrzy…

Demonek przyjechał z Wrocławia. Oczywiście są hodowle bliżej, ale jakoś żaden maluch wcześniej nie podobał mi się aż tak bardzo. A to zdecydowanie była miłość od pierwszego wejrzenia. Ten egzemplarz jest rodowodowy, ale zasadniczo nie jest wystawowy, umaszczenie ma kompletnie nieregularne i charakterek też raczej nie do prezentowania w klatce.
Maluch pierwsze kilka dni spędził pod kocykiem, w sypialni, ale szybko opanował resztę domu (na szczęście! zabawa w „ja cię kocham, a ty śpisz” zaczynała być już trudna do wytrzymania)
Dotychczasowe straty to szklanka (moja ulubiona, z kubusiem puchatkiem!), talerz, kilka literek z laptopa, naderwana firanka i konieczność przestawienia części kwiatów. Ogólnie jak na kilku miesięcznego kociaka mogło być gorzej.

Taki kociak uczy porządku ludzi, bo np talerze trzeba sprzątać ze stołu od razu po jedzeniu, jeśli nie chce się, żeby razem z obrusem wylądowały na kocim łebku. Wszelkie skórki, papierki po cukierkach i inne ogryzki też od razu trzeba odnosić do kosza, inaczej okazują się być świetną zabawką. Dodałabym jeszcze, że kociak uczy chowania ubrań do szafy, bo inaczej to małe coś sprawdza czy da się po płaszczu dojść do wieszaka (da się), no ale niestety tu jest pewien zonk, nadal nie mamy szaf…
Kociak uczy też tolerancji i nieprzywiązywania się do rzeczy, zwłaszcza jeśli są szklane. To bardzo, bardzo przydatna życiowa postawa, bo jak człowiek później odkrywa, że mężuś nadtłukł ulubiony kryształowy wazon, to trudno się złościć. No bo przecież to mógł być kot, mógł całkiem wazon stłuc i jeszcze się pokaleczyć…

A na serio, devony jednak mają pewne wady, to krótkie futerko pachnie mniej kocio, a bardziej myszowato. No i niestety już nasz maluch nas przeciągnął po weterynarzach, nawet w ciepłym domu łatwo się zaziębia.
Posted by By: elffaran |
