zawsze był kompocik…

Jest taki żart z brodą:

Dziecko od urodzenia nie mówi, nikt nie wie dlaczego, ciągają go po lekarzach, rehabilitują i nic…

Któregoś dnia rodzina siedzi sobie spokojnie przy obiedzie, a tu nagle dziecko się odzywa „A gdzie kompocik?”

Afera, wszyscy przejęci, cud się stał, przejęta mama pyta „Synku, skoro umiesz mówić, dlaczego dotąd się nie odzywałeś?”

„Zawsze był kompocik…”

Ten żarcik znakomicie pasuje do zachowania Kichusia, naszego drugiego kota. Lubię obserwować zachowania kotów, bo w gruncie rzeczy to takie uproszczone modele ludzkich zachowań. Jasne, że to uproszczony model systemu i wszystko zdarza się szybciej, prościej i trwa krócej, ale dzięki temu łatwiej obserwować. Niektórzy uważają, że przypisywanie cech ludzkich zwierzętom, to rodzaj „świra”. Ja uważam, że zakładanie, iż mając tak podobną budowę fizyczną, różnimy się całkowicie od innych ssaków, jest cokolwiek nielogiczne.

Wracając do Kichusia, Kichuś ma prawo być kotem trochę dziwnym, ponieważ porzucony przez kotkę zaraz po urodzeniu, został wychowany w warunkach skrajnie nienaturalnych przeze mnie i Skunksa. Nagły przypływ uczuć macierzyńskich u starego kocura to cud sam w sobie, ale Skunksik bardzo przejął się swoją rolą. Do tego stopnia, że w obronie malucha rzucił się na odkurzacz – w przypadku człowieka porównywalnym bohaterstwem byłaby chyba próba zatrzymania czołgu gołymi rękami. Ja też byłam mocno nadopiekuńcza, ponieważ bardzo trudno jest utrzymać kociaka przy życiu przez pierwsze dni.

W między czasie maluch dorósł i zestarzał się, ale Skunksik nadal się nim opiekował – mył uszka, dbał o sierść, robił za interfejs z ludźmi, głośno informując o konieczności napełnienia miseczki i sprzątnięcia kuwety. A Kichuś żył sobie gdzieś we własnym świecie, leżąc do góry brzuchem (dosłownie) i od czasu do czasu wyrzucając psa z posłania, raczej nie zdarzało się, żeby sam z siebie przychodził do nas. Ludzie jak wiadomo i tak przyjdą pogłaskać po brzuszku. Świat Kichusia był całkowicie bezproblemowy, wszystko przecież działo się samo. Kichuś sprawiał wrażenie skondensowanego zadowolenia i pewności siebie. Normalnie takie 8kg pewnego siebie szczęścia z czarnym futrem. Koty też nigdy nie miały osobnych terytoriów. Do śmierci Skunska spały razem, przytulone, mimo że Skunks śmierdział koszmarnie. Pod koniec życia Skunksa, musiałam już wycinać kołtuny z sierści Kichusia, stan uszu też się pogorszył. Staruszek już nie dawał rady opiekować się „małą”, ale mała i tak siedziała przy nim.

2 miesiące po śmierci Skunksa zachowanie Kichusia bardzo mocno się zmieniło. Przede wszystkim zaczął się zajmować sam sobą, kołtuny na razie się nie pojawiają. Pojawiło się za to miauczenie pod tytułem „pusta miska exception”. Przez 8 lat byłam przekonana, że ten kot nie potrafi miauczeć poza objawami rui… Bo kurcze zawsze inny kot dbał, żeby był kompocik…kichus

Zmieniło się też zachowanie względem nas. Mała (Kichuś to kotka, w brew pozorom) zaczęła przychodzić na kolana, przytulać się i ogólnie być bardziej interaktywna. Potrafi wręcz pomiaukiwać, jeśli nikt nie weźmie jej na kolana.

Wydawało mi się, że po tylu latach ze Skunksem, Kichuś łatwo zaakceptuje kolejnego kota, w końcu nigdy nie był sam. Nic z tego. Terytorium już zostało podzielone. Kichuś czuje się zagrożony, pierwsze dni z nowym lokatorem przesiedziała schowana, nawet nie zastanawiając się, że jest tak mniej więcej 8 razy większa. W końcu cały jej dotychczasowy świat rozpadł się na kawałki i nie ma najmniejszej ochoty bawić się z tym czymś, co skacze po wszystkich z nadmiernym entuzjazmem i mruczy.

Leave a Reply »»