demon, wolność i paranoja

Przeczytałem te książki (demon i wolność) i teraz świat wygląda całkiem inaczej. Dodatkowo zbiegło się to z sytuacją z Wikileaks i przypadkiem poszukiwania jej twórcy międzynarodowym listem gończym za molestowanie (jakie to wygodne w tych okolicznościach). Depesz prosił mnie o moje wrażenia. Oto one:

Podczas czytania demona postanowiłem zainstalować sobie po trzy letniej przerwie linux’a. Nie jestem przesadnie bardzo zaawansowanym użytkownikiem systemów uniksowych, ale muszę się przyznać, że przynajmniej 80% opisanych w książce działań mógłbym samodzielnie wykonać. Pozostałe 20% procent prawdopodobnie bez problemu mógłby wykonać Depesz :-) .  Tak więc od strony technologicznej książka jest niesamowicie wiarygodna. W przeciwieństwie do innych prób tworzenia arcydzieł IT typu „emaksem przez sendmaila…” (a to akurat o ile pamiętam można wykonać i nie trzeba nawet emacsa fatygować).

Co do wolności to trzeba podkreślić, że autor w sposób bardzo sugestywny pokazał jak blisko jesteśmy od jej utraty, o ile tak naprawdę już nie żyjemy w swoistego rodzaju matriksie i wolność jest tylko sloganem marketingowym.

Jedyne do czego się można przyczepić to kolcogrzbiety. Ktokolwiek jeździł motocyklem po mieszkaniu wie, że to wymaga dobrej pracy nóg i balansu ciała i przy małych prędkościach dwustu paro kilogramowy rumak jest trochę mało zwrotny. Ale się czepiam. :-)

Przyznać, też muszę, że wzrósł poziom mojej paranoi i to nie z tego błahego powodu, że moje całe życie jest zapisywane w wielu bazach danych godzina po godzinie  (lokalizacja telefonu, kamery monitoringu w miesicie, praca na komputerze i w domu i w pracy, systemy kontroli wejścia i wyjścia w budynkach, płatności kartami, karta miejska,  etc…), ale dlatego, że tak naprawdę prawda jest wyłącznie kwestią tego co zostanie o danej sytuacji zapisane i przetrwa próbę czasu. Dla przykładu taka sytuacja z życia wzięta:

Moja ukochana żona od wykładowcy na PW (jakiś dr inż, nie podam nazwiska, bo nie ma to znaczenia) na wykładzie podał pewną firmę zajmującą się w przeszłości produkcją butów jako świetny przykład firmy, która w czasie bumu na dot comy postanowiła bez żadnej analizy zainwestować w tą branżę. I tu akurat się grubo mylił, bo ta firma wcale nie interesowała się samą technologią, ani zarabianiem na niej , a po prostu skupowała upadające firmy i odzyskiwała z nich to co się tylko z nich da. Więcej o tym przypadku można dowiedzieć się tu.

PS. Jeśli by ktoś wiedział gdzie się można zapisać do darknetu, to ja chętnie :-) .  Przestrzeni-D – rządzi!  Takie okularki byłyby lepszym hiciorem nawet od Iphone!

Leave a Reply »»