Demon i wolność

Z specjalną dedykacją dla depesza będzie słów kilka o książkach Daniela Suareza „Demon” i „Wolność”. Można zacząć od tego, że obowiązkowe spolszczanie tytułów niekoniecznie ma sens w współczesnym świecie, gdzie pewne określenia funkcjonują w wersji zapożyczonej z języka angielskiego i gdzie wymowa tytułów „Deamon”, „Freedom(TM)” mogłaby jaśniej pozycjonować te powieści. Ten demon zdecydowanie nie jest dla wielbicieli horrorów.

Pierwsza część wciąga i mnie ta wizja (niestety!) przekonuje, kwestia wiarygodności jest o tyle istotna, że zwykle jak trafiam na fragment dotyczący IT w powieściach, to nie wiem czy śmiać się czy płakać z zażenowania. A „Demon” przekonuje w tym sensie, że jestem sobie w stanie wyobrazić techniczne i finansowe możliwości skonstruowania takiej zabawki.  A co za tym idzie, powinniśmy się zacząć poważnie martwić o stan psychiczny ludzi takich jak Bill Geates, którzy mają dość fantazji by mieć dalekosiężne wizje, oraz dość wiedzy i gotówki, by te wizje wprowadzić w życie.

„Ludzkość zawsze handlowała przemocą. Zanim dorwały się do tego działy markietingu różnych korporacji, taką aktywność nazywano „podbojami”. Teraz mówiło się, że to regionalne projekty rozwoju” (Demon)

„Wolność” to zasadniczo „Demon” dla optymistów. Jak się już zacznie czytać, to należy przeczytać całość, gdyż w zamyśle autora te części raczej są nierozdzielne. Niemniej część druga przypomniała mi dlaczego swego czasu przestałam czytać SF. Można wyobrazić sobie dowolnie wiele pesymistycznych wariantów przyszłości, biorąc pod uwagę obecny etap rozwoju społecznego i technicznego, większość z nich będzie całkiem przekonywująca. Natomiast jak przychodzi do wyobrażenia sobie wariantu optymistycznego, to niestety większość propozycji wydaje się szalenie naiwna. Co nie zmienia faktu, że póki co ludzkość sobie jakoś radzi i miejmy nadzieję, że tak pozostanie.

Z diagnozą problemów współczesnego społeczeństwa się zgadzam. Większość tego, co opisuje Suarez da się przenieść z społeczeństwa amerykańskiego na nasz swojski grunt. My co prawda nie mamy prywatnego wojska i więzień, ale w gruncie rzeczy i tak społeczna kontrola nad tymi instytucjami jest żadna. Tak więc zmierzamy do modelu feudalnego, gdzie nieliczna grupa kontroluje siłę militarną, a cała reszta to bezbronna masa. Zwykle w tym momencie dyskusji ktoś wyciąga twierdzenia, że obywatel powinien mieć prawo do posiadania broni. Naprawdę nie jestem ciekawa wyniku konfrontacji takiego  obywatela z colcikiem i wyszkolonego komandosa „Blackwater” obwieszonego różnymi zabójczymi gadżetami. Powszechne prawo do posiadania broni w USA obecnie skutkuje jedynie tym, że mają rekordowo dużą liczbę wypadków z bronią w domu.

W każdym razie w „Wolności” ze strony na stronę robi się bardziej optymistycznie. Pojawiają się networkowe społeczności graczy, które cudownie adaptują się do życia w realu. Po pierwsze wystarczy wyciągnąć wtyczkę, żeby sprowadzić to towarzystwo do epoki kamienia łupanego. Po drugie nie wierzę w tworzenie się takich społeczności na większą skalę. Aż z ciekawości sprawdziłam, z którego roku jest ta powieść – 2009. Nie wiem, może w okolicach Suareza Facebookowi przyjaciele wyglądają inaczej niż w moich okolicach. Gdzieś w okolicach 2001/2002 wizja takich społeczności wydałaby mi się przekonywująca. Internet był wówczas mały i rzeczywiście tworzyły się w nim grupy zbliżone do społeczności. Tylko one albo urosły i zmieniły się w wielki śmietnik ludzkich frustracji (np blog.pl), albo były za małe, żeby mieć jakiekolwiek znaczenie (różne irc-owe kręgi mogły owszem mieć znaczenie dla pojedynczych ludzi, ale nie widzę opcji, żeby miały wpływ na tak zwaną historię). Niestety ale społeczności w sieci dotyczy się ten sam problem co społeczności „naziemnych”, albo jest nas za mało by coś zdziałać, albo za dużo by utrzymać odpowiednio wysoki poziom relacji twarzą w twarz potrzebnych by funkcjonować jako społeczność.

Oraz tytułem puenty:

„Nie ma już prawdziwych obywateli, bo Ameryka to tylko kolejna marka, znak handlowy, za który trzeba płacić. I ma zajebiste logo. [...] W średniowieczu nie było korporacji, tylko Kościół Katolicki. I też mieli świetne logo. Każdy je widział, ty też. A oddziałów mieli więcej, niż dzisiaj ma Starbucks. Jeszcze wcześniej było imperium rzymskie. Od początku świata tak się to kręci, że kto posiada, ten ma władzę nad innymi.” (Wolność)

„Ludzie potrzebują porządku, sierżancie. Ludziom trzeba mówić, co mają myśleć, co robić i w co wierzyć, bo inaczej świat się rozpadnie. Cud współczesnej cywilizacji nie wziął się z powietrza. Wymaga starannego planowania i zarządzania przez profesjonalistów.” (Wolność)

One Response to Demon i wolność »»


Comments

  1. komentarz by depesz | 2010/11/22 at 17:25:20

    Myślę, że jestem w stanie obronić większość wymienionych minusów Wolności ™. Ale to już chyba paszczowo na żywo :)


Leave a Reply »»