Kazimierz
Nigdzie nie byliśmy w ostatnią majówkę, co dla mnie było sporym rozczarowaniem, no ale proza życia – nie było z kim zostawić kotów i psa. W takich chwilach jest mi trochę przykro, że nie mam rodziców/dziadków/rodzeństwa, których można by poprosić o pomoc, podlanie kwiatków i nakarmienie psa. No doprawdy mogę być wzorcowym przykładem atomizacji społeczeństwa.
Za to „w między czasie” w weekend pojechaliśmy na chwilę do Kazimierza Dolnego. Najbliższe Warszawy „urocze” miasteczko. Jak się okazało z akcentem raczej na Warszawę niż uroczość. Liczba parkingów jest pierwszą rzeczą rzucającą się w oczy po przyjeździe. Dobrze, że jest co z autem zrobić, ale oznacza to tłumy przyjezdnych. Niestety przekłada się to także na przepełnione śmietniki, butelki po piwie porzucone w ruinach i różne takie. Wyraźnie to miasto nie radzi sobie ze sprzątaniem. W ogóle miasteczko jest takie sobie, poza dwoma kamienicami z wyrafinowanymi elewacjami, właściwie nic ciekawego. Wątpliwe urozmaicenie stanowią nachalne Cyganki. Po takich miasteczkach jak Sandomierz czy Stary Sącz, to Kazimierz rozczarowuje, no bo nawet jak ktoś słyszał opowieści o Esterce, to raczej nie opromieni to blaskiem miasta przepełnionych śmietników. Wypiekane koguty też jakoś takie…hmm… plastikowe, nawet w okolicach piekarni brak aromatu pieczywa.
Chyba popełniliśmy błąd nie korzystając z promu do Janowa, bo jak doczytałam później to właśnie tam jest ciekawszy, niż kazimierski, zamek. Promy w ogóle są fajne, zwłaszcza podobały mi się te stylizowane na średniowieczne statki, rewelacyjny pomysł, w innych miastach promy wydawały mi się totalnie nudne i nie warte zainteresowania a tu bym się pewnie skusiła. Tyle tylko, że te stateczki nie pływały jeszcze, chyba poziom wody był za wysoki, bo ich przystań zwyczajnie zalało.
Wyprawa owszem dostarczyła rozrywki dzięki naszej metodzie chaotycznego zwiedzania. Wspięcie się na malowniczą górę schodkami „do nikąd” skończyło się spacerem po glinianym błocie, z którego z trudem wydobyliśmy buty. Ja tam dziecko miasta jestem, jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się zatonąć po kostki w błocie, z poczuciem, że jedyną możliwością wydobycia się może być pozostawienie butów. Buty jednak szczęśliwie udało się ocalić. Oraz w ramach kontaktów z przyrodą udało się zobaczyć brązowe coś pełzające. Z braku znaczników wokół głowy należy wnosić, że nie był to zaskroniec. Co brązowego, pełzającego jest w naszej polskiej przyrodzie? W każdym razie przy tej okazji przyroda okazała się ciekawsza niż miasto. Zresztą może mieliśmy za mało czasu na odkrycie ciekawych miejsc. Powrotu do miasta nie wykluczam, ze względu na rewelacyjne gruszki Leny w restauracji Mandaryn, a dla dobrego deseru potrafię pokonać długą drogę. Aczkolwiek obecnie bardziej marzy mi się wylegiwanie na słońcu nad ciepłym basenem.
Posted by By: elffaran |
