Paradoks płci
Moja druga połówka zaczeła czytać „paradoks płci” kilka miesięcy po mnie, no ale przy okazji przypomniał mi, że jakiś czas temu popełniłam wpis na ten temat, a poźniej go porzuciłam dochodząc do wniosku, że „na te tematy” mam poglądy inne niż większość, a kłócić mi się nie chce.
No ale jednak wydaje mi się, że o książce Susan Pinker warto wspomnieć, ze względu na to, że jest… ciekawa. Znaczy napisana tak, że czyta się ją jak powieść, co naprawdę rzadko zdarza się książką z kręgu nauk społecznych. Zwykle są to (po)tworki skonstruowane zgodnie z schematem 10 stron wykładam swoją tezę, 100 stron piszę o swojej genialności, 200 stron upewniam się, że wszyscy mnie dobrze zrozumieli i przedstawiam swoją tezę na 20 sposobów. W ten sposób ciekawe stwierdzenia giną w bełkocie, a czytelnik usypia, zapomniawszy o co chodziło. Tego autorce szczęśliwie udało się uniknąć i to mimo, że porusza temat stary jak nauki społeczne – kobiety się różnią w swoich zachowaniach od mężczyzn, ale czy wynika to z biologii czy wychowania?
Teza tutaj jest taka, że przyczyna tkwi w biologii, a konkretnie w różnicach w budowie mózgu i układzie hormonalnym.
OK., to oczywiste, że naukowo tego udowodnić się nie da. No po prostu nie da się wygenerować środowiska odpowiednio pozbawionego bodźców kulturowych i wychować w nim dzieci.
Susan Pinker odwołuje się do historii opisujących przypadki skrajne, mężczyzn i kobiet. Przypadki dobrane tendencyjne, ale czyta się zainteresowaniem. Z dokładnością do tego, ze np. w rozdziale o dysleksji i adhd autorka wspomina, że te zjawiska rzadziej występują wśród dziewczynek i przebiegają inaczej niż u chłopców, po czym nie opisuje ani jednego(!) damskiego przypadku, serwuje za to cały zestaw chłopięcy. Owszem ciekawy, ale skoro „inaczej” przebiega to u dziewczynek, to jak inaczej? Bo właśnie to „inaczej” pewnie najwięcej mówi o ewentualnych różnicach między płciami, ale widać nie pasowało do wizji autorki.
Oprócz historyjek pojawia się też trochę informacji medycznych, dla mnie ciekawa była informacja, że „wyjściową” wersja mózgu jest wersja damska, pod koniec ciąży hormony zmieniają (aż się prosi powiedzieć niszczą…) strukturę mózgu płodu chłopięcego. Czyli startujemy z innym zestawem, a ponadto mamy inne zestawy hormonalne wpływające na nasze uczenie się świata. Aczkolwiek totalnie nie zgadzam się z tym, że te informacje pozwalają przewidzieć _jakie_ decyzje zostaną podjęte przez kobiety. Bo tu już autorka nie widzi, jak bardzo jest zatopiona w swoim własnym amerykańskim sosie i jak bardzo jej teoria, co do właściwych wyborów kobiet, stosuje się do tu i teraz, głównie w klasie wyższej średniej w Stanach Zjednoczonych.
Najzabawniejsze są przykłady z kibuców. W kibucach kobiety i mężczyźni mieli pracować razem, a dzieci być wychowywane przez instytucje i niby miało nie być wzorców płci. Z dokładnością do tego, że ludzie, którzy tam zamieszkali, nie pozbyli się swoich nawyków, a nastolatki z wyższej średniej klasy w USA przyjeżdżały tam pracować dla dobra społeczności również przywożąc cały swój kulturowy bagaż. Do tego należy dodać zdrowy rozsądek. I już wiemy czemu dziewczynki jednak wolały pracować w przedszkolu niż na budowie. W sumie nie trzeba się odwoływać ani do kultury ani do budowy mózgu, sam fakt, że mniejsza masa mięśniowa utrudnia noszenie worków z cementem, jest wystarczającym uzasadnieniem. Dość zabawne jest, że Susan Pinker takich całkiem prostych zależności nie dostrzega i szuka jakiś szalenie głębokich zależności psychologiczno-hormonalnych. A wystarczy założyć, że te małpy, które zeszły z drzew i zbudowały cywilizację, charakteryzują się rozsądkiem i zdolnością unikania wysiłku ponad siły, niezależnie od płci.
W każdym razie, gdyby tezy były prawdziwe, a wybory kobiet tak łatwo przewidywalne, to właśnie w tym wieku powinnam dojść do wniosku, że społeczeństwo mnie zmanipulowało skłaniając do pracy związanej z technologią, podczas gdy moim marzeniem powinno być służenie ludziom. Oczywiście idąc tym tropem powinnam porzucić IT na rzecz jakieś miłej fundacji pomagającej komuś tam.
Tyle tylko, że w fundacji już byłam jako wolontariusz, ten jedyny co poprosił o prace biurowo/techniczne, nie zmuszające do bezpośredniego kontaktu z podopiecznymi. W kwestii bezpośredniego kontaktu wystarczyło mi krótkie szkolenie w tejże fundacji, żeby przemyśleć sprawę i dojść do wniosku, że świat wolę zbawiać za pośrednictwem komputerów, a nie niańczenia rozkapryszonych staruszek/dzieci/whatever.
Rzeczywistość polska jest trochę inna, niż ta, o której pisz Susan P. Przede wszystkim niewiele kobiet ma komfort wybierania pracy (lub niepracowania) w oderwaniu od kwestii „kto na mnie zarobi”. Z jednej pensji raczej nie jest łatwo wyżyć nawet w tak zwanej średniej klasie i jedna pensja siłą rzeczy stawia kobietę w roli domowej specjalistki od wszystkiego, z hodowaniem rzeżuchy włącznie.
Nikt też dziewczyn nie namawiał (i chyba nadal nie namawia) do programowania czy uczenia się matematyki i pokrewnych dziedzin. Raczej wręcz przeciwnie, kiedyś zdarzyło mi się mieć z testy z fizyki lepszy wynik niż klasowy pupilek. Nauczycielka (kobieta!) fizyki raz, że dała ten test do sprawdzenia raz jeszcze temuż pupilkowi (bo może on zauważy jakiś mój błąd), dwa że oceny z testu mi i tak nie wpisała (bo to na pewno był przypadek i spokojnie można poczekać na gorsze wyniki). Pamiętam to zdarzenie, bo to była tak zwana ostatnia kropla i przyczyna pożegnania się z fizyką w szkole i pomysłami o studiowaniu nauk ścisłych. (A poza tym trudno, żeby nauczyciel bardziej pozbawił się autorytetu niż po takiej właśnie akcji) Zresztą w szkole nie zdarzało mi się raczej usiąść do komputera, bo te były „dla chłopców, oni się na tym znają”.
Niemniej jednak moja droga życiowa była całkiem odwrotna niż to, co opisuje autorka odnośnie środowiska amerykańskiego i nie jestem jakimś wielkim wyjątkiem. W warunkach polskiego zniechęcania dziewczyn do IT i nauk ścisłych, jednak jakaś grupa kobiet dochodzi do wniosku, że może jednak humanistyka nie jest ich przeznaczeniem, nawet jak się skończyło adekwatne studia (informatykę ze mną studiowała m.in. koleżanka po etnografii)
W każdym razie, chociaż teksty w rodzaju „niezależnie od kraju i kultury to kobiety …” są zabawne, bo treść odnosi się ściśle do „białej klasy wyższej średniej, w USA, na początku 21w), to pewne zależności wydają się trafnie wychwycone (nawet jeśli mogą dawać całkiem inne rezultaty niż te opisane), a książkę w sumie czyta się z dobrze, i o to chodzi.
Posted by By: elffaran |
