Avatar raz jeszcze
Od czasu do czasu trafiam na blogach na kolejne recenzje Awatara. Zaciekawiła mnie pewna zależność – osoby, które generalnie kina nie lubią, są Awatarem zachwycone, a „kinomaniacy” piszą, że to płaskie jak naleśnik i można, co najwyżej dla efektów obejrzeć, ale efekty 3D to też lepsze w grach komputerowych są. Ot ciekawostka. Jakoś tak się złożyło, że do rangi filmów dobrych dorastają wynalazki w rodzaju Pulp Fiction i inne cuda pokazujące na ile wyrafinowanych sposobów można człowiekowi zrobić krzywdę, względnie jak efektownie rozbryznąć krew po okolicy. A liście w 3D zdecydowanie przegrywają z trójwymiarową włócznią. Co się z nami stało, że artyzm widzimy tylko w brudzie, mordzie i agresji? A reszta to kicz i naleśnik?
Moje poczucie estetyki źle reaguje na widok krwi na ścianach. Może dlatego, ze wychowałam się na klatce, na której przez wiele lat taka rozbryźnięta, zaschnięta krew była. Co więcej widziałam jak tam trafiła. (Chomiczówka, Chomiczówka…) To wcale nie jest artystyczne, ani warte podziwiania. Nie chcę oglądać w kinie tego, co przy odrobinie pecha mogę obejrzeć w rzeczywistości.
Posted by By: elffaran |
