Avatar

Byłam na Awatarze. Ha, można go dopisać do tych kliku (nadal dosłownie kilku) filmów, które widziałam w kinie. Co więcej, to jak na razie jedyny film, który nawet byłabym skłonna obejrzeć raz jeszcze. W recenzjach oczywiście o fantastycznej technice realizacji i płaskich postaciach, banalnej w sumie historyjce. Gdyby ta historia miała nie być banalna i mieścić w sobie nadal opowieść o innym świecie, to musiałaby trwać 6h zamiast 3. Tego nikt by nie wytrzymał. To prawda, że historia jest prosta i oparta na kilku stereotypach dotyczących relacji Indianie – Biali. Normalnie można by rzec, że to echo wyrzutów sumienia jednej cywilizacji, za zniszczenie innej (czy raczej kilku innych). Przez chwilę zastanawiałam się, czy autor oparł się na którymś konkretnym powstaniu indiańskim. Może na historiach wojen z Seminolami? Ale w gruncie rzeczy to nie ma znaczenia. Zobaczyłabym ten film raz jeszcze, bo wychodząc z kina poczułam się jak dziecko. Jak dziecko, które zobaczyło „inny świat”, ale też jak dziecko, które odkładając książkę jeszcze długo wyobrażało sobie, co mogło dziać się przed i po opisanej historii. Wychodząc z kina miałam chęć zapytać „co dalej?” i „a co było wcześniej?”, „dlaczego to jest zielone a tamto różowe?”. Jak dziecko, które chce uwierzyć, że pokazany idealizm bohaterów ma sens i istnieje (nie ma sensu, nawet jak istnieje, poczytajcie sobie o gościu, który rzucił w Busha butem, nic nikomu nie dał jego idealizm).

Opowieść jest kompletna, wciągająca, ale też to opowieść, która zaczyna się, gdy już coś się stało i kończy możliwościami. I tak, przemawia do mnóstwa archetypów zapisanych w pamięci. Mamy i przyjaźń i miłość i poświęcenie i ideały, ale też i dramaty, a przede wszystkim nie mamy kompletnej wiedzy. Że historia jest banalna jak obedrzeć ją z efektów? Ale po co obdzierać? To sensowne wykorzystanie technologii w filmie, w porównaniu z takim beweulfem, który nie wiadomo, po co był 3d, po mógłby być zwykłą kreskówką.

A wracając do recenzji, ponoć Cameron czekał, aż możliwe będzie realistyczne przedstawienie ludzkich oczu. Faktycznie, sposób przedstawienia twarzy bohaterów jest ważnym elementem opowieści, ze szczerzeniem zębów włącznie.

Jak dla mnie ta opowieść nie kończy się ani dobrze, ani źle, kończy się możliwością. I jest bajką dla dorosłych, bo dla dzieci będzie tylko komiksem. Taka ciekawostka, po filmie słyszałam rozmowy „młodszych nastolatek”, że fajnie by było polatać na takim niebieskim, ale trzeba by mieć warkocz. No jej, wydaje mi się, że w wieku lat 11 czy 12 miałam trochę bardziej rozwinięte zwoje mózgowe. Zresztą, czy bardziej, to dyskusyjne, na pewno w innym kierunku, bo tak wtedy jak i teraz popłakałabym się nad zabitymi stworzeniami raczej, niż zastanawiała nad lataniem. No bo małżonek jeszcze przez jakiś czas musiał znosić chlipanie „i tyle śmierci”, w związku z czym się pewnie zastanowi nad kolejną wyprawą do kina na coś innego niż komedia romantyczna.

Leave a Reply »»