za dużo ludzi po drodze

Odkąd pracuję w centrum miasta całkiem często nachodzi mnie myśl o dużej (za dużej!) liczbie osób, które spotyka się, poznaje i zapomina w wielkim mieście. A to oczywiście pod wpływem liczby znajomych twarzy widzianych gdzieś w przelocie na ulicy. Znajomych, a czasem niemożliwych do przyporządkowania do jakiejś historii, albo też znajomych i z historią, ale kto wie czy rozpoznających mnie? Kiedyś bardzo przeżywałam, że znajomości w dużej mierze przywiązane są do wspólnej ławki, biurka czy stolika. Kończymy kurs, zmieniamy pracę i idziemy w swoje strony. Przyzwyczajam się do ludzi, więc często mi przykro, że jedynie ułamek z liczby poznanych ludzi pozostaje znajomymi po zmianie kontekstu, ale też – jak policzyłam, byłoby absolutną niemożliwością utrzymać znajomość z chociażby połową ludzi, z którymi kiedyś spędzało się całe dnie.

Na początek – podstawówka (przedszkole pomijam, mimo że z przedszkola też pamiętam kilka osób) – 2 klasy po ok. 30 osób, plus około 20 nauczycieli. 80 osób

Szkoła średnia – ok. 30 osób w klasie, ok. 20 nauczycieli = 50

Studia nr1 – ok. 120 rozpoznawanych osób, na roku swoim, przyległych, wśród prowadzących

Studia nr2 – ok. 200 osób (dwa roczniki, plus wykładowcy)

Kilka kursów językowych – jakieś 40 osób

Praca

3x 30 osób, 1×60, 3×120

Do tego jakieś 20 osób poznanych w czasach większej aktywności w necie i jakaś 10 sąsiadów (a raczej sąsiedzkich dzieci), z którymi kiedyś regularnie spędzałam czas.

Hmm, jeśli się nie pomyliłam dodając to 1000 osób. 1000 osób, które swego czasu, przez kilka miesięcy spotykałam regularnie, pomijam pomniejsze stadka spotykane na koloniach, wyjazdach, okazjonalnych działaniach w ramach wolontariatu i innych takich jednorazowych przypadkach. Jednak, jeśli dodać znajomości dostane „w posagu” z mężem, to spokojnie przekraczam 1000, a mam świadomość, że jestem umiarkowanie aktywną osobą, spotykałam takich, którzy każdego roku uczestniczyli w kilku kursach czy klubach zainteresowań.

Spośród tego 1000 pamiętam niektórych bardzo wyraźnie z powodów różnych, niekoniecznie związanych z daną osobą. Z drugiej strony nasza klasa czy facebook czasem uświadamia, że Ci co pamiętają mnie, to w części inny zbiór niż Ci, których ja pamiętam. Serwisy społecznościowe niby są narzędziem do „podtrzymywania” znajomości, ale jakość tak podtrzymywanych znajomości w świetle powyższych liczb właściwie nie wymaga komentarza. Zaleta jest tylko taka, że można się w ten sposób skutecznie wyleczyć z nostalgii za znajomymi, którzy gdzieś kiedyś zniknęli. Z drugiej strony – świetnie widać w tych serwisach jak bardzo stawiamy na ilość. A jako, że już kiedyś w życiu zdarzyło mi się być w sytuacji, kiedy nie miałam dokąd iść, to sceptycznie się zapatruję na tą ilość podlinkowaną tu i ówdzie, nawet jeśli jeszcze daleko jej do 1000.

Leave a Reply »»