To tylko jesień
To ja może zacznę od disclaimera, że tak wogóle, wogóle to usatysfakcjonowana jestem swoim życiem i od czasu do czasu kontempluję fakt absolutnej niesamowitości dojścia do miejsca gdzie jestem od poziomu ujemnego raczej, ale, ale.
Ale jesień nastraja mnie mało optymistycznie. Patrzenie jak moje śliczne dalie jednej nocy zmieniają się w kupkę zgniłych badyli przypomina, że jesteśmy tu tylko na chwilę.
Jest jesień. Kiedy wychodzę do pracy robi się jasno, kiedy wracam – zwykle jest już ciemno. Czas pomiędzy spędzam w biurze, milion lat świetlnych od okna, przy sztucznym świetle z widokiem na szarą ścianę i biurowy bajzel Po czym wracam do domu i znów siedzę przy komputerze i przy sztucznym świetle, cóż można robić, skoro “normalny” dzień już minął i za ciemno nawet na spacer z psem, bo pies już wyjść nie chce. Ogrodu nie oglądam, bo jeszcze nie mam wzroku jak kot. Oraz na krzakach zgniło kilka kilogramów winogron i podobna ilość pomidorów, bo w dzień mogę co najwyżej kupić na straganie pod pracą,do swoich dostać mogę się w weekend tylko. Dziennego światła kupić się nie da, w związku z czym mam nastrój w sam raz na ponure rozważania nad absurdami życia stadnego. Bo przecież nie ma żadnego uzasadnienia, żebym te 8h siedziała w ciemnym, szarym biurze. Do pracy potrzebny mi komputer z dostępem do sieci. Ciemne, szare biuro, w którym nawet przez 5 minut ciszy nie ma, niczego nie ułatwia. Siedzimy w nim karnie po to tylko, by osoby zarządzające mogły skontrolować, jak to grzecznie stukamy w klawiatury. Spędzając godzinę w porannym korku mam jeszcze czas podumać nad tym, że może kiedyś zmieni się organizacja pracy na tyle, że nie będzie trzeba spędzać pracowników w jedno miejsce co by na nich patrzeć 8h, wystarczą same efekty pracy…
A propos korka, mam szczęście, bo spędzam w nim tylko godzinę w jedną stronę. Bywało gorzej. Dojazd do pracy jest w gruncie rzeczy częścią czasu poświęcaną na pracę, w istocie więc nasze życie zawodowe pochłania co najmniej 10h dziennie. 10h to opcja optymistyczna. I spędzamy ten czas wśród ludzi mniej więcej obojętnych, nawet jeśli sympatycznych, podczas gdy rodzina i przyjaciele odrabiają swoją pańszczyznę w innym równie mało sympatycznym biurze. Życie “pracowników umysłowych” w wielkim mieście jest w sumie dość podobne, nawet jeśli jedna firma inwestuje w stołówkę a inna w medicover.
A żeby zamknąć klamrę tej paranoi – nie wyobrażam sobie życia bez pracy. Co więcej przerabiałam też okres pracy wyłącznie w domu i to było straszne. Niemniej podporządkowanie życia godzinom pracy biura w przypadku zawodu, gdzie naprawdę siedzieć w okienku nie muszę i efektywniej pracowałabym poza biurem, zestawione z widokiem żałosnych wieszaków na ubrania w biurze (wieszaków tak tanich, że potrzeba kilka by utrzymać kurtkę, to na czym biura potrafią oszczędzać marnując jednocześnie kasę na milion innych pierdół, nieodmienne mnie zdumiewa) przypomina o stwierdzeniu, że pracownicy są najcenniejszym dobrem firmy, zaraz po biurkach.
W mojej ocenie, zmiana ogranizacji pracy, wprowadzenie powszechności pracy zdalnej, jest nieuniknione. Inaczej miasta umrą pod ciężarem niewydolności systemów komunikacyjnych. Pojawią się wtedy pewnie inne problemy społeczne, związane z ograniczoną ilością interakcji bezpośrednich, ale to już będzie całkiem inna bajka.
Posted by By: elffaran |
