wakacje 2009 – droga do domu
Polska ma na koncie ponad tysiąc lat państwowości i chrześcijaństwa, a że i państwo i religia objawia się potężnymi budowlami, mającymi z założenia przetrwać setki lat, to i nie dziwne, że w większości polskich miasteczek jest „coś” do zobaczenia. Z drugiej strony dla lokalnych mieszkańców te pozostałości rzadko są atrakcją, toteż zamiast zwiedzania jest to raczej poszukiwanie zabytków, ale i tak jeżdżąc po Polsce zaglądamy czasem gdzieś po drodze. Zwłaszcza, że mamy mapę, na której co drugie miasto ma dopisek z informacją o zabytku. Przyznam jednak, że nie zawsze udaje się nam znaleźć wzmiankowany zabytek. Rzadko jest tak jak w Koprzywnicy – zabytkowy kościół – Zespół pocysterski z kościołem p.w.
Najświętszej Marii Panny i św. Floriana- jest po prostu przy głównej drodze. Wygląda hmm, interesująco, bo obecnie to zlepek elementów z różnych epok – od wiekowych murów (13w), przez drewnianą wieżę (całkiem współczesną, poprzednia się spaliła) po dość współczesną fasadę (no, umiarkowanie współczesną, bo z 18w, w stylu barokowym, uwierzę informacjom znalezionym w sieci, bo zdają się pasować). Nie zajrzeliśmy do środka, a jak się okazuje to szkoda, bo w środku są gotyckie polichromie.
Czy wspominałam, że ogólnie to jestem fanem gotyku w architekturze i wystroju kościołów? Aczkolwiek nie wiem, czym miałby by się różnić polichromie gotyckie od barokowych, pewnie mniej tłustych aniołków na stanie.
W Koprzywnicy jest jeszcze jeden zabytkowy kościół, ale ma pecha, bo nie stoi przy głównej drodze, tak więc obejrzałam go tylko na zdjęciach w sieci. Ten drugi zresztą jest mniej interesujący, wystartował, jako kościółek parafialny, a potem był głównie rozbierany, odbudowywany tylko od czasu do czasu.
Opatów jest wymieniamy w sandomierskich przewodnikach, jako jeden z kierunków wycieczek z Sandomierza. My postanowiliśmy o niego zahaczyc w drodze do Ujazdu (czytaj Krzyż Topór, nigdy nie twierdziłam, że będę opisywać po kolei, prawda? A tak naprawdę to dopiero zdjęcia zdradziły kolejność, o której zdążyłam zapomnieć) Miasteczko jest tak samo stare jak Sandomierz, jeśli chodzi o historię, ale niewiele z tej historii zostało. Współczesny Opatów to jedno z setek post peerelowskich miasteczek, w miarę zadbanych na koszt funduszy UE, ale też zupełnie nieróżniących się między sobą. Przynajmniej ja bym nie odróżniła Opatowa od takiego np. Serocka pod Warszawą. Reklamowanej w przewodniku trasy podziemnej ostatecznie nie chciało się nam szukać (na rynku nie było żadnej rzucającej się w oczy informacji na ten temat), najciekawszym miejscem okazała się brama miejska, jedyna chyba pozostałość murów. Obok jest zabytkowy kościół franciszkanów (kolegiata żeby być dokładnie. I to by było tyle, pokręciliśmy się chwilę po rynku, ale nie znaleźliśmy nawet jakiegoś zachęcającego miejsca na obiad. Miasteczko funkcjonuje najwyraźniej, jako turystyczna zapchajdziura dla zorganizowanych wycieczek, najbardziej rzuca się w oczy parking dla autokarów z długim rzędem toitoiek.
Tak więc z głodnymi ryjkami wpakowaliśmy się do samochodu, ruszyliśmy dalej na poszukiwanie kolegiaty w Klimontowie.. Oooo i tu mamy pełną opcję „znajdź zabytek”. Wjeżdżamy do miasteczka, które jako żywo zatrzymało się w czasach PRL
(łącznie z charakterystycznym wystrojem budynków „kulturalnych”) i w sumie nie wiemy co robić. Na szczęście to był, przypominam, dzień procesji. Ruszyliśmy drogą przygotowaną dla procesji i znaleźliśmy. Imponujący kościół w całkiem nie imponującym miasteczku. Podziw należy się proboszczowi, który ten kościół utrzymuje w stanie naprawdę świetnym. Była kolegiata to budowla z 17w. Elementy
dobudowane/domalowane współcześnie komponują się z starociami tak, że w sumie
nie da się odróżnić. W Klimontowie urodził się Bruno Jasieński, przyznam, że bez sprawdzenia w sieci, nie przypomniałabym sobie któż to taki, ale może niektórzy mają bardziej na świeżo lekcje polskiego.
A teraz nastąpi zapowiadany ustęp opowieści, czyli Polacy nie potrzebują armii rosyjskiej żeby dowolny pałac doprowadzić do ruiny. Przejeżdżaliśmy mianowicie przez Włostów.
Oczywiście nieświadomie, bo używanie przewodników jest nam obce, a poza tym mówiąc szczerze to trochę zabłądziliśmy i szukaliśmy skrótu do właściwiej drogi. W ramach tego skrótu wykrzyknęłam „Hamuj, tam są fajne ruiny, ja chcę zdjęcie” i tym samym poleźliśmy oglądać ruiny pałacu Karskich. Ruiny zdradzają, że niegdyś musiał być to ładny pałac otoczony parkiem. Obecnie ruiny są w zdecydowanie gorszym stanie niż starszy o kilka wieków Krzyż Topór. A ich historia jest charakterystyczna dla wielu takich dworów w Polsce. Historię opowiedział nam dziadek upolowany przez małżonka w drodze do kościoła (tak, tak grunt to zwiedzać w dniu procesji). Pałac przetrwał wojnę prawie nienaruszony. Po wojnie mieszkało w nim kilka rodzin, których domy spłonęły w czasie wojny. Odbudowali swoje domy i wyprowadzili się kilkanaście lat po wojnie. Wyprowadzili się, jak to Polacy, z tym, co komu było potrzebne. Jeden wziął stół, inny dachówki i kawałek muru… a resztę zostawili, żeby się rozpadło samodzielnie. I to by było tyle, jeśli chodzi o dbanie o dobro wspólne, czy szacunek dla tego, z czego korzystam, a co moje nie jest. Także sorry, ale w historie przewodników o tym, że ludność okoliczna się oburzała na wojenne zniszczenia dowolnego zamku czy pałacu to niespecjalnie wierzę, bo jeśli chodzi o niszczenie to chłop polski lepszy jest od armii czerwonej. Obecnie ruiny pałacu Karskich są wszędzie obstawione znakami ostrzegawczymi i niedługo zostaną z nich tylko lwy na drodze wjazdowej.
Wikipedia podpowiada, że będąc we Włostowie warto zajrzeć do wnętrza kościoła (portale z 14w i zabytkowe polichromie) i ewentualnie na cmentarz (kaplica grobowa Karskich)
Ujazd był ostatnim punktem wycieczki, na Krzemionki Ostrowskie nie starczyło nam chęci, a szkoda, bo opisy znalazłam zachęcające (prehistoryczne kopalnie krzemienia). W ogóle to jeszcze zostało nam sporo obiektów w świętokrzyskim. O np. to
Posted by By: elffaran |
