polowanie na psa
Trafiłam ostatnio na artykuł odnośnie "polowania" przez myśliwych na psy. O tym, że ci "sportowcy" (podobno polowanie to sport) strzelają do psów to wiedziałam wcześniej. W dużej części naszych lasów łatwiej "upolować" psa niż dziką zwierzynę, bo psów więcej (właściciele spuszczają ze smyczy w czasie spacerów) i biegną do ludzi. Po krzakach latać nie trzeba, szukać nie trzeba, a satysfakcja z mordu jest. Nie wiedziałam jednak, że to mordowanie bezbronnych, przyzwyczajonych do ludzi zwierzaków, jest jak najbardziej zgodne z prawem. A nawet jak nie jest (w artykule jest historia o tym jak myśliwy zastrzelił łaszącego się psa pod płotem domu jego właścicieli), to i tak – to drobiazg. Myśliwy strzelać może i nikt nie będzie dociekał czy psa zabił zgodnie z prawem czy nie. Ani nikt nie będzie szukał gnojka strzelającego do psów ewidentnie nie zdziczałych.W dodatku na to jest przyzwolenie społeczne. Historie o psie, który pogryzł człowieka trafiają na czołówki gazet i serwisów tv. Historia o tym, jak człowiek morduje zwierzaka pod jego domem, może co najwyżej trafić do gazetki o psach.
Jakiś czas temu, na fali artykułów "o tych strasznych wielkich psach" wypłynęły historie w rodzaju jak to duży pies zagryzł małego na oczach dziecka i jaką traumę będzie miało to dziecko. A ja myślę, że jednak mniejszą niż jak zobaczy, jak jego kochany piesek został zastrzelony przez sąsiada myśliwego. Bo zagryzienie psa przez psa, chociaż jest strasznym widokiem, to można dziecku wyjaśnić naturą, samemu sobie nawet można wyjaśnić. Nadal żyjemy w świecie, w którym i zwierzęta i my zabijamy, aby jeść i aby się obronić.
Jak jednak wyjaśnić czystą, nie wynikającą z potrzeby, rządzę mordu u rzekomo rozumnego człowieka? Czy następnym razem nie zastrzeli menela "bo śmierdzi", a potem dziecka "bo jest za głośno"? Gdzie jest granica? Przecież zawsze znajdzie się jakieś uzasadnienie dla "oczyszczania" świata i likwidacji hipotetycznych "zagrożeń".
Gdybym zobaczyła, że ktoś zabija mojego psa, pewnie rzuciłabym się w obronie, zanim bym pomyślała. Pies sam by się nie obronił, chociaż teoretycznie mógłby. Mam właśnie dużego, silnego psa. Takiego psa, który mógłby zagryźć człowieka jednym kłapnięciem. Psa, który uważa, że ludzie są dobrzy, głaszczą, karmią i jedyna wada, to że nie biorą na ręce dużych psów. Psa, który przybiega się poskarżyć, jak kot mu nos do krwi podrapał.
Zwierzaka można oduczyć potrzeby gryzienia i mordowania, a z ludźmi to jak widać nie wychodzi. Ja się o tego naszego psa permanentnie martwię, że mu ktoś krzywdę zrobi i nawet mandatu za to nie dostanie, raczej pochwałę i aprobatę ogólną. Obawiam się też, że jakiś dureń naczytawszy się o strasznych psach sprowokuje zwierzę do obrony. Zmartwienia, że pies niezaatakowany kogoś pogryzie, mówiąc szczerze nie mam (tak, wpisuję się pewnie niektórym w wizję tych strasznych, nieodpowiedzialnych właścicieli). Widziałam wiele sytuacji, kiedy mógłby pogryźć, a co najwyżej zapiszczał. Nie doprowadzamy do sytuacji, w których pies mógłby się zetknąć z agresją, czy walczyć. Zdaję sobie sprawę, że trzeba zwracać uwagę czy pies nie ma problemów psychicznych i przy pierwszych objawach niestety go pożegnamy, ale póki, co – ludzie są zdecydowanie bardziej niebezpieczni.
Posted by By: elffaran |
