strzelmy sobie 50…

W ramach ratowania budżetu nasi najdrożsi rządzący wymyślili rozwiązanie – zabierzmy renty wdowie. Kobiety po 50 młode są, niech pracują. Przecież nie zabierzemy przywilejów górników, bo nam zrobią bałagan pod ministerstwem i źle to będzie wyglądać w wiadomościach. Nie zreformujemy KRUS, bo się wyborcy obrażą na Pawlaka a Pawlak na premiera i się rządzenie skończy. Nie, zabierzmy takim, co przecież nie przyjdą pod ministerstwa kamieniami rzucać, ani w mediach dobrze wyglądać nie będą. Podpowiadam, że wygodne może być też odebranie wszelkich rent, w końcu idąc tym samym torem myślenia – większość rencistów jest nawet przed 50.

Odbieranie rent wdowich akurat jest wybitnie irytujące w państwie, które coraz bardziej skręca na prawo i tylko patrzeć jak publicznie zacznie lansować tezę, że kobiety powinny w domu siedzieć, najpierw, jako opiekunki dzieci, potem, jako opiekunki niedołężnych rodziców a na koniec, jako opiekunki zniszczonych chorobą wieńcową i stresem mężów, (bo przecież odpowiednich ośrodków nie należy tworzyć, raczej należy ograniczać ich dostępność, bo są złe i niezgodne z katolicką wizją rodziny) A po wszystkim 50-cio letnie wdowy niech idą do roboty, a co, akurat już są wolne od innych obowiązków. A że trochę przepracowane i bez kwalifikacji? A że pewnie opiekują się wnuczkami i wysyłając przymusowo babcię do pracy wygeneruje się kolejny problem w postaci przymusowo bezrobotnej młodej mamy, która będzie kolejnym klientem dla opieki społecznej?

Myślenie boli, myślenie przyszłościowe w skali narodu najwyraźniej boli bardziej. Projekt pojawił się na chwilę w mediach, potem zapewne odbędą się "konsultacje społeczne", co u nas oznacza konsultację z Kościołem Katolickim i Stowarzyszeniem Pracodawców "Lewiatan". Obie te instytucje są krwiożercze, jeśli chodzi o własne interesy, z bliżej nieznanych powodów rządowi jawią się jako "społeczeństwo”, a wdów na pewno bronić nie będą, bo co na tym mogliby zyskać? Na koniec pewnie nie zauważymy nawet, kiedy rzecz zostanie w życie wprowadzona.

Umówmy się, to nie jest tak, że niepracujące kobiety leżą cały dzień i pachną. Jeśli w małżeństwie jedna osoba pracuje zawodowo, to ta druga zasuwa w domu. A nawet, jeśli to bogate państwo prezesostwo i pani nie pracuje, to nadal jest odpowiedzialna za zarządzanie życiem domowym, krawaty małżonka i jego poziom szczęśliwości pozwalający mu nie paść na zawał na prezesowskim stołku.

Taki a nie inny podział obowiązków jest wewnętrzną sprawą pary, ale to nadal nie jest tak, że facet pracuje tylko na siebie i dla siebie, jeśli nie jest sam! Bo jeśli pracuje tylko dla siebie, to co, jego żona pracuje w domu jako niewolnik za darmo? Za przeproszeniem za darmo to nawet seksu nie ma, o ciepłym obiedzie nie wspominając. Wszystko kosztuje czyjś czas i zaangażowanie. Niewolnictwo chyba w naszej części świata jest od jakiegoś czasu karalne i ścigane z urzędu, jako przestępstwo. Tak to właśnie wygląda – albo jesteśmy razem i razem "dorabiamy się", albo jedno z pary jest własnością drugiego i człowiekiem bez praw.

W niektórych krajach jest tak, że ubezpieczenie emerytalne pracujący małżonek płaci w częściach na siebie i na niepracującą zawodowo połówkę. W kraju chamów i prostaków niepracująca zawodowo (ale zasuwająca w domu jak dzika mrówka) żona nadal jest częścią dobytku męża, pozostaje tylko problem co z nią zrobić jak już nie potrzebna.

A właściwie to mam pomysł jak załatać "dziurę budżetową" – większość posłów to młoda jest, nie? Poniżej 50 nawet, niech pracować idą a w sejmie udzielają się w imię małżeństwa z Rzeczpospolitą, w końcu czemu by do nich nie stosować tych samych zasad co do kobiet? Praca w sejmie czy rządzie – jak praca w domu – nie liczy się, w końcu to działanie dla wspólnego dobra, a nie praca zawodowa.

To mówiłam ja, żona pracująca, która gdyby miała niepracującego męża to uważałaby, że sprawiedliwie jest dochód dzielić, również w zakresie składek różnych. Bo małżeństwo to wspólnota przede wszystkim.

A na koniec jak mi poziom zbulwersowania opadł będzie historia rodzinna. Moja babcia przez ostatnie lata życia korzystała z renty wdowiej, mimo że pracowała wcześniej zawodowo. Rentę wdowią zresztą załatwiała moja mama dla niej, bo babcia nawet o czymś takim nie wiedziała.
Pomiędzy kolejnymi dziećmi, utrzymaniem domu i opieką nad mężem czasu na pracę zawodową było za mało, żeby wypracowała jakiś sensowny dochód. Co więcej – ja tą zawodową pracę babci pamiętam. Polegała na klejeniu w domu pudełek na smoczki, bo po kilkudziesięciu latach w domu babcia do innej pracy się nie kwalifikowała. Nawet ta praca była "po znajomości". I w dodatku nie miała czasu kleić tych pudełek, bo jednak uprawa ogrodu (skąś trzeba było mieć warzywa w czas kryzysu) i różne takie stanie w kolejkach np nie pozwalały. Tak wiec pudełka solidarnie kleiła cała rodzina, żeby babcia jakąś emeryturę miała. Nie wierzę, żeby te wdowy, które mają możliwość pracować, nie chciały tego robić.

Dla grupy 50+ praca to nie tylko zarobek, to też kontakt z ludźmi, zapełnienie pustki po tych, którzy już odeszli. I w tej grupie jest ogromne bezrobocie, a główne opcje to roznoszenie ulotek i mcdonald. Problemem są te wdowy, które pracować nie mają jak i to je rząd chce zmienić w żebraków i klientów opieki społecznej, mimo że im się uczciwie dochód należy. Powiedziałabym,  że jest to działanie głęboko niemoralne, ale to słowo jest nadużywane w brzydkich kontekstach.

Leave a Reply »»