Wakacje 2009 – Sandomierz
![]()
Niedługo minie miesiąc od powrotu. Trzeba wziąć się za opisywanie wakacji, zanim skleroza ich skleroza nie zeżre. Część zdjęć już wybrana i wydrukowana. Do albumu oczywiście trafiły w większości te z naszymi zadowolonymi ryjkami na tle palm. Dokładnie takie, jakie strasznie nudzą, jak się nimi znajomi chwalą, ale takie właśnie po latach są fajnym wspomnieniem.
To były nasze pierwsze od 4 lat wakacje, jak dotąd budowa domu oraz zestaw zwierzaków skutecznie powstrzymywał nas przed wyjazdami na dłużej niż kilka dni.
Tym razem najpierw w ramach zwiedzania Polski mieliśmy pojechać do Przemyśla. Dlaczego tam? Bo tam jeszcze nie byliśmy.
Po drodze przystanek w Sandomierzu. Bo kiedyś wracając przez Sandomierz widzieliśmy imponujący zamek i postanowiliśmy zwiedzić przy okazji.
No to dojechaliśmy. Pod rynek. Na drodze do rynku informacja "wjazd tylko dla gości hotelu XXX". Po pierwsze hotel okazał się nie do zlokalizowania, po drugie ceny w drugim hotelu na rynku raczej jak za pobyt na marsie. Kilkaset złotych za osobę wydaje mi się kiepskim pomysłem, chyba, że dodają masaż stópek gratis, ale chyba nie dodają.
Ogólnie pomysł wjeżdżania na rynek jest kiepski, niebieskie misie przeganiają, ale później docenimy to, że po sandomierskim rynku jeździć nie wolno. Rynek jest rewelacyjny, "zrównoważony". Są ogródki kawiarniane – ale tylko w pasie dookoła, a nie wszędzie jak w Warszawie czy Gnieźnie; są stragany, ale tylko kilka i nie przesłaniających ratusza. Są i ławeczki, drzewka i ogólnie miejsce na relaks lepsze niż park. Tylko urok taki specyficzny, że generalnie zwykle idzie się pod górkę, bo rynek każdy róg ma na innej wysokości. Dookoła niewysokie kamienice, część średniowiecznych i renesansowych (chyba?), reszta współczesna, ale w sumie bez przeczytania przewodnika nie rozróżnisz, która jest, która.![]()
![]()
Wracając jednak do poszukiwania miejsca do spania – poratował nas pan parkingowy wręczając listę hoteli i schronisk (a tak, znów pojechaliśmy bez sprawdzenia czegokolwiek) i wskazując Sandomirię. Ta ostatnia okazała się rzeczywiście rewelacyjnym miejscem – oddalona o schodki od starówki, z miejscami parkingowymi i za dużo rozsądniejszą cenę niż hotel na starówce.![]()
Czas coś zjeść i się napić. Losujemy najmniej zadymiony ogródek. Pani zachwala sernik, sernik wygląda bardziej jak chleb krasnoludzi i chyba stanowi stałą dekorację. No i idziemy pod zamek. Ooops. Zamek nijak nie wygląda tak jak ten, który widzieliśmy z drogi. Pytanie, więc co widzieliśmy?
![]()
Później udaje się nam znaleźć "Kordegardę", knajpkę obok informacji PTTK. Jeśli kogoś nie przeraża na urlopie słowo "samoobsługa" to polecam. Najlepsza cafe frappe jaką piłam, genialna herbata z wiśniówką (równie smaczna co ładna), no i ciepłe ciabatki, którymi opychamy się przez resztę pobytu. Kolejne zdjęcia rynku powstają ze słusznej perspektywy tarasu Kordegardy, na sporej zdjęć części widać jego barierkę. To też dobre miejsce do obserwowania wycieczek, którym przewodnik opowiada "a tu kręcili ojca Mateusza", tym samym dowiedziałam się, że w ogóle jest taki serial i wyraźnie przebija całą resztę całkiem długiej historii miasta.
![]()
Sandomierz jest piękny. Pełen kwiatów, otoczony parkami. Bez dysonansów i dziwactw wybudowanych między zabytkami. Tak naprawdę zabytków w rodzaju bramy Opatowskiej czy Ucha Igielnego (fragmenty murów obronnych) zachowało się niewiele, ale cała reszta jest zbudowana tak, że miasteczko jest bardzo klimatyczne. I niesamowicie zadbane, nawet, jeśli
jakiś budynek jest trochę zaniedbany, to zasłonięty kwiatami. W pewnym momencie doliczyłam się, że na kwietne ozdoby balkonów w niektórych miejscach ludzie musieli wydać 500-1000zł i zaczeliśmy się zastanawiać czy przypadkiem miasto tego nie dofinansowuje?![]()
Nie ma porzuconych rozpadających się domów jak w Starym Sączu. Miasteczko żyje sobie w spokojnym rytmie, w sumie nie do końca wiem, z czego, na pewno w dużej mierze z turystów, ale chyba nie tylko, bo Kordegardę zapełnia głównie lokalna młodzież. Tak na marginesie – widok kilku chyba nie całkiem pełnoletnich zagryzających tequilę pomarańczami i wznoszących toast "żeby jej pryszcze na całym ciele wyrosły" – absolutnie bezcenny, zwłaszcza że to był 5 shot panienek jeśli dobrze policzyłam. Po czym kulturalnie wyszły, na własnych nogach. Znaczy pić można kulturalnie w każdym wieku, nawet jeśli życzy się koleżance pryszczy (hmm, w późniejszym wieku ludzie potrafią wygenerować gorsze życzenia)
No ale wracając do zachwytów – zagłosowałam za zostaniem w Sandomierzu do końca polskiej części urlopu. Przemyśl został więc na kolejną okazję.
Po dłuższym spacerze znaleźliśmy też coś, co poprzednio wydawało nam się zamkiem. To „tylko” collegium
(Collegium Gostomianum — późnorenesansowe, dawne kolegium jezuickie, wzniesione z fundacji Hieronima Gostomskiego w latach 1602-15), i nadal działająca szkoła średnia.
A poniżej – na środku gigantycznego trawnika było „coś” ogrodzone płotkiem. Z ciekawości podeszliśmy sprawdzić – ogródek z sporymi kwiatami i kamieniem z napisem „dąb papieski”. Malutką sadzonkę dębu z trudem dało się wypatrzeć między kwiatami, ale oj tam…
Posted by By: elffaran |
