chcę to! roślinki, każde.
Gdybym była postacią z kreskówki miałabym zielone ślepka, kępkę trawy zamiast czupryny i pazury pozwalające kopać w ziemi. A tak to mam tylko pazury w ziemi oraz amok w oczach na widok każdego sklepu ogrodniczego. Kupiłabym absolutnie każdą roślinę. Oczywiście przeżywa tylko nędzny odsetek zakupów, bo suchy piasek w moim ogródku nie jest szczególnie atrakcyjnym siedliskiem dla roślin, ale takie detale mnie nie powstrzymają, a co.
Podobnie hodowla z nasionek wytworzona w dość ciemnym pokoju, po wyniesieniu na słońce i wiatr wyginęła w większej części. W związku z powyższym zgłaszam też zapotrzebowanie na inspekt oraz szklarnię. Idealna byłaby ogrzewana szklarnia, ale nie będę wybredna, zadowolę się taką małą dla amatorów.
Przypomniały mi się dawne czasy, kilka firm temu, kiedy z szefową rozmawiałyśmy o zagospodarowywaniu ogródków i wymieniałyśmy się opowieściami, co udało się wyhodować i co jeszcze planujemy posadzić. Szefowa, jak to szefowa, musiała regularnie przypominać, że wszystko ma lepsze, większe itp, niezależnie czy chodziło o aparat fotograficzny (kupiła chwilę po mnie, spytawszy się ile wydałam, kupiła droższy…), pieczątkę czy ogród właśnie. No więc w pewnym momencie stwierdziła
„co ty mi dziecko tu zalewasz, nie możesz mieć aż tylu roślin i jeszcze wolnego miejsca, u nas jest idealnie zaplanowane, każde miejsce dobrze wykorzystane i już nic nie da się dodać. A ty niby jaką masz tą działkę?
Noo mam działkę budowlaną, kilkaset metrów…”
Drogi czytelniku pointa z tego taka, że naprawdę z faktu, że jesteś czyimś szefem, nie wynika, że masz wszystko większe. Na szczęście większość przełożonych nie odczuwa potrzeby udowadniania swojej wyższości w życiu prywatnym, a ci co odczuwają, dostarczają niezłego materiału do anegdot.
Wracając do roślin – niedawno zastanawiałam się patrząc na całkiem spore ogrody przy ambasadach i innych urzędach – że w pewnym sensie te wszystkie ogrody, fikuśnie przystrzyżone roślinki itp., to wielkie marnotrawstwo przestrzeni, a jednak człowiek ma zakodowaną potrzebę patrzenia na coś zielonego. Nie oszukujmy się, w mieście te szczątkowe ilości roślin powietrza nie oczyszczą, hałasu nie wyciszą, istnieją tylko dla radości oczu oglądającego. Analogicznie z przydomowymi ogródkami. To może nie marnotrawstwo miejsca, ale finansów na pewno, bo jak się w to bawisz, to więcej wydasz na nasionka i podlewanie niż zbierzesz na koniec. Jednak z drugiej strony to obecnie jest chyba jedyna możliwość poznania prawdziwego smaku warzyw czy owoców. Truskawki juz od dawna są zbierane na długo zanim dojrzeją, podobnie jak pomidory (tak, na obrazku wspomnieniowo pomidorki z ubiegłorocznej klęski urodzaju) czy śliwki. No i lokalnie można sobie uprawiać odmianę mało wydajną, delikatną za to smaczną. A kwiaty? Kiedyś miały sens, jako źródło pokarmu dla pszczół ( i pośrednio źródło miodku, mniam), teraz to tak jakby bez sensu, bo ma ktoś w okolicy pasiekę? Jeśli chodzi o moje warszawskie osiedle, to szczerze wątpię, a poza tym – w ogrodzie botanicznym wyczytałam, że miód z popularnych ostatnio w ogrodach różaneczników jest trujący.
Posted by By: elffaran |
