świątecznie c.d.

Tym razem o świątecznym jedzeniu. Bo bez jedzenia jak wiadomo żyć się nie da. A poza tym ja osobiście jeść lubię i jak już wspomniałam lubię kojarzyć święta z jedzeniem wyjątkowych potraw. No co, skoro łaska wiary mnie ominęła to trzeba korzystać z uroków tradycji niezwiązanych z wiarą.

Nie ma Wigilii Bożego Narodzenia bez kompotu z suszonych śliwek. Taką Wigilię zdecydowanie uznałabym za niebyłą. A w dodatku ta “potrawa” nie może się nie udać, znaczy duży plus dla niej. Wieczorem dnia poprzedniego wrzuca się śliwki suszone do garnka z wodą. W Wigilię zagotowuje z łyżeczką cukru. Gotowe. W mądrej książce kucharskiej było, że kompot wigilijny to kompot z suszu, znaczy również z suszonych jabłek i gruszek. Z braku takowych dolałam trochę kompotu jabłkowego (wersja z goździkiem i cytryną). Dobre było i już nie ma. Następne za rok.

Druga potrawa niezbędna to smażony karp. Nie mam pojecia jak się go robi, bo przyjechał z rodzicielką. Znając zamiłowanie mojej rodzicielki to wyrafinowanej kuchni to prawdopodbnie robi się to “upaćkać w jajku i bułce i won z tym na patelnię”.

Kiedyś na wigilijnym stole moich rodziców zawsze obecny był karp w galarecie. Ciekawe zjawisko. Absolutnie nikt go nie lubił, ale wszyscy dorośli oczekiwali pojawienia się takowego i każdy go dzielnie przeżuwał. Karp w galarecie odszedł do przeszłości razem z dziadkami.

Inne potrawy na wigilijnym stole były zmienne, zależne od tego co udało się kupić, na co był czas, albo od tego co było modne w “przyjaciółce” czy innym piśmie. Idąc tym śladem w tym roku pokusiłam się o zrobienie kutii, która obowiązkowo występuje w zestawach przepisów świątecznych, a której nikt w mojej rodzinie nie jadł. Kutia wyszła eee, słodka. Tyle mam do powiedzenia w tym temacie. Na przyszły rok chyba pokuszę się raczej o wykonanie papki makowej przekładanej chałką (ponoć też tradycyjne). I proszę mi nie mówić, że wystarczyłoby upiec makowca. Prawdopodobieństwo, że uda mi się upiec ciasto, które wyjdzie zgodnie z oczekiwaniami jest nikłe (to pewnie naturalny ogranicznik, żebym nie opchała się ciastami na śmierć z przejedzenia).

Z innych tradycji – zawsze stawiano na stole dodatkowy talerz, ale jego znaczenie się zmieniało. Początkowo to był talerz dla “przypadkowego gościa”. Zgodnie z tradycją chrześcijańską ale zabawnie nie pasujace do tradycji rodzinnej, gdzie wigilia i święta Bożego Narodzenia były tak ściśle rodzinne, że pewnie nawet sąsiada by nie wpuszczono. Z czasem ten talerz stał sie symbolem pustego miejsca po tych co odeszli. Co nasuwa mi myśl, że rodzinna wigilia ma całkiem inny sens w wielopokoleniowej rodzinie, gdzie jest to taki specyficzny moment przekazywania ciągłości tradycji.

Leave a Reply »»