świątecznie
Przed świętami zwykle na blogach wysyp nienawidzę-świąt-karpia-śledzia-i-teściowej-wpisów. Jak co roku też każdy nabył karpia, śledzia oraz zwykle zaprosił teściową. Jak co roku dookoła świąteczna bieganina uruchamia we mnie pokłady atawistycznej paniki. Na świątecznych zakupach ktoś ustąpił mi miejsca w kolejce. Hmm, nie jestem w wieku, kiedy się ustępuje, bo taka zmęczona życiem, ani w wieku kiedy pan mógłby mi ustąpić bo “fajna dupa”, znaczy moja totalna panika musiała malować się na twarzy dużymi literami i kilkoma wykrzyknikami dodatkowo. No tak i oczywiście nie kupiłam tego, po co pojechałam do supermarketu.
Nie lubię przymusowej rodzinności tych świąt, negocjacji gdzie, u kogo i w jakiej kolejności. Szczęśliwie rodzina skurczyła się już do rozmiaru, w którym nie ma konieczności ustalania kolejności wigili w różnych domach (nie, w inne dni roku nie postrzegam tego jako szczęście). Nie lubię tego, że ta “rodzinność” indukowana od dzieciństwa powoduje odpowiednią dawkę poczucia winy mocno utrudniającą spędzenie tych świąt, z ludźmi, z którymi naprawdę czuję się dobrze.
Po co więc są święta? Bynajmniej nie uważam jak niektórzy, że po to by wydawać pieniądze. Są po to by te trzysta sześdzieśiąt parę dni w roku nie było jednakowych. By zatrzymać się, zrobić coś inaczej. Także kolację. Jestem zwolennikiem zachowania pewnych potraw jako wyłącznie świąteczne, bo tak. I lubię tradycję, bo pozwala identyfikować się z kręgiem ludzi wychowanych w tej samej kulturze.
(Co do potraw, to w tym roku wybór padł na kutię, ale po namyśle – nie, ona nie zostanie stałym świątecznym gościem, lubię słodkie, ale pomysł jedzenia kaszy z makiem i rodzynkami jednak nie powala na kolana, trzeba będzie w przyszłym roku raz jeszcze przeskanować książkę kucharską)
A z okazji świąt chciałabym życzyć wszystkim mniej lub bardziej przypadkowym czytelnikom naszego bloga, aby im się wydarzyła histora taka jak ta, opisana tutaj. Tak się zdarzyło, że znalazłam tą opowieść o przyjaźni tuż przed świętami równolegle do artykuły, w którym ktoś stawia pytanie, czy życząc “spełnienia marzeń” wogóle wiemy o czym marzą adresaci. Nie wiem jak wy, ale mnie czasem nachodzi reflesksja, że nic nie wiem o otaczających mnie ludziach, bo za dużo czasu wszyscy spędzamy pędząc celem zarobienia pieniędzy, które potem w równym pędzie wydamy. Coraz rzadziej zdarzają się gesty bezinteresowne, ale takich właśnie wam i sobie życzę, pamiętajmy tylko, że dobrze być nie tylko adresatem ale i nadawcą i może warto poznać cudze marzenia czasem.
Posted by By: elffaran |
