majówka 2008 – Dębno i Tarnów
Po Nowym Wiśniczu przyszła kolej na zamek w Dębnie. Właściwie to te dwa zamki standardowo powinno się zwiedzać jeden po drugim – kontrast jest interesujący. O ile Wiśnicz jest monumentalny i z założenia miał oszałamiać odwiedzającego (i oszałamia nadal) to Dębno jest miłe i domowe, taki trochę wiejski zameczek. Kocie łby i studnia na dziedzińcu wewnętrznym. Malowane we wzorki cegły na wieżyczkach, które raczej w roli obronnej miały by marne szanse. Historia okazała się litościwa i nigdy nie wymagała od małego zameczku obrony czegokolwiek, nawet siebie samego. Zamek do
drugiej wojny światowej był regularnie zamieszkiwany. Obecnie jest "muzeum wnętrz" jak to się szumnie nazywa, a co na mnie robi bardziej wrażenie graciarni. Meble są z różnych miejsc, różnych epok i poustawiane niekoniecznie sensownie. Rozbawiło mnie twierdzenie przewodnika o tym, że wystrój sali balowej ma nawiązywać do wystroju pierwotnego "tak to mogło wyglądać" – białe ściany obwieszone portretami przodków (przodków losowych użyto w tym przypadku, niezwiązanych z zamkiem). Po czym przewodnik dodał, że zasadniczo kiedyś to mogło być kolorowe pomieszczenie – całe ściany pokrywała polichromia zachowana obecnie tylko w wykuszach okien, reszta została zniszczona w pożarze. W wykuszach okien owszem jest fragment wzoru sugerujący, że ściany były pokryte jednolicie – pomarańczowym kolorem z zielono- żółtym kwiatowym motywem. No to białe ściany mają pokazywać, że "tak to mogło wyglądać"? No halo?!
A jeśli chodzi o meble to interesującą informacją było, że fotele przeznaczano dla panów. Panie bowiem nie miały szans się zmieścić w fotelu razem ze swoją suknią na kołach, wzmocnieniach i innych ciekawych konstrukcjach. Biedactwa siadywały więc na specjalnych taboretach. Zainteresowało mnie to w kontekście tego, że taborety umieszczono w sąsiedztwie wejścia do latryny (zamek w Dębnie był postępowy i miał takową, w Wiśniczu była również, ale tylko w pomieszczeniach dla służby). No więc – panie skoro nie mieściły się w fotelu, to w drzwi do latryny nie zmieściłyby się również. Nie miały łatwego życia, oj nie. Sposób załatwiania potrzeb fizjologicznych w różnych epokach nieodmiennie ciekawi mnie, jak zwiedzam duże zamki, gdzie jest czasem jedna dobrze ukryta latryna (niejednokrotnie z wylotem prosto na dziedziniec) a czasem nawet to nie. Gdzieś wyczytałam, że powód funkcjonowania przez jakiś czas zamiennie Luwru i Wersalu był banalny – były tak opaskudzone przez mieszkańców załatwiających swe potrzeby tam gdzie stali, że co jakiś czas trzeba było je wywietrzyć. Ucząc się historii czytamy o bitwach i intrygach, ale – o ile wojny i intrygi są nadal, to życie codzienne zmienia się nieustannie.
A co do Dębna – na terenie dawnej fosy odbywają się turnieje rycerskie o warkocz białej damy czy jakoś tak. Skleroza zapomniała, czy w czerwcu czy we wrześniu, czy jeszcze kiedyś indziej. Zamek ma owszem białą damę (obecnie co prawda tylko w postaci manekina) i historię o córce zamurowanej w wieży przez ojca, bo jej się wyswatany narzeczony nie spodobał, ale fajniejsza jest historia o węgierskim poecie, co się musiał szybko z zamku swojego kumpla ewakuować, bo kumplowi żonę poderwał. Niejedna kobieta wychodzi za mąż za kolesia z zamkiem, ale woli towarzystwo osobnika, co umie prawić komplementy. Konkretnie to Pan Poeta nazywał się Balint Balassi.
Po zwiedzaniu czas na odpoczynek. Niestety – ani Wiśnicz ani Dębno nie dawało szansy na zjedzenie obiadu. Ruszyliśmy więc do Tarnowa. O ile w małym miasteczku z jedną restauracją może zdarzyć się, że jakiś oficjel ma fantazję urządzać komunię córki w restauracji, to w większym mieście powinny być jakieś czynne lokale. Okazało się, że w Tarnowie komunijne dzieci atakują oddziałami po sto tysięcy i zarezerwowane są wszystkie knajpy i knajpki, w których da się upchnąć gości przy rosole, albo chociaż przy herbacie. Czy ja jestem jakaś bardzo niedzisiejsza, że mnie powszechność organizowania komunii w lokalach szokuje? Czy to już całkiem przestała być religijno-rodzinna uroczystość i liczy się tylko to jak bardzo się zaimponuje sąsiadom rozmachem organizacyjnym? Z drugiej strony skoro podobno "standardowym" prezentem komunijnym jest laptop i adekwatne kwoty – to przyjęcia w restauracjach nie powinny dziwić. Wielka szkoda, że Kościół na ogólnym poziomie nie próbuje tego zdusić. Sądząc po rozmaitych strojach dziewczynek to nawet pomysły, by dzieci ubrać w jednakowe (skromne i tanie!) komże czy coś podobnego, nie zyskały popularności.
Udało nam się zaszyć niedaleko Rynku w "Gospodzie rycerskiej", która z racji swego wystroju i wielkości nie nadawała się na organizację przyjęć. I chociaż specjalizują się w pizzy (tia… jak sama nazwa wskazuje) to żeberka w miodzie były całkiem, całkiem, podjadane mężowi "jadło chłopskie" też smaczne. Spacer ulicą Wałową zaprowadził nas do kawiarnio-restauracji
"Tatrzańskiej". Człowieku, jeśli się odchudzasz to nie zaglądaj tam. Pani kelnerka zabrała mi kartę, bo pewnie zamówiłabym wszystko, po czym zdechła z przejedzenia. W każdym razie – czekolada z likierem kawowym i duża porcja lodów została pochłonięta siłą łakomstwa.
A Tarnów ogólnie jest ładnym, zadbanym miasteczkiem. Wróciliśmy jeszcze do niego w poniedziałek, w drodze powrotnej. Już bez deszczu i komunii okazał się miłym miejscem na spacer (najlepiej ulicą Wałową, coś jak warszawskie Podwale pod murami, ale ładniejsza)
Ciekawostką, raczej smutną, jest pozostałość starej synagogi. Tarnów niegdyś miał sporą społeczność żydowską. Został mały ślad miedzy współczesnymi blokami. Miejsce zresztą wypatrzone dość przypadkowo – jako dziwnie nie pasujący element widoczny w przerwie między budynkami. Niestety stojąc przy starych
murach widok ma się na toalety miejskie – raczej nie sprzyja to refleksjom o przeszłości, bardziej o tym jak żenująco niski poziom wyobraźni i myślenia perspektywicznego reprezentują urzędnicy miejscy w całej Polsce.
Na ulicy Wałowej można się dosiać do trójki poetów (Herbert, Tuwim, Osiecka – nie mam pojęcia czemu akurat taki wybór – moda na siedzące rzeźby jak widać się przyjęła. Tuwim jest najciekawszy, bo rzeźba ma dużo detali, których raczej nie spodziewasz się w sąsiedztwie siedzącego człowieka. Pomyśleć, że kiedyś podobna rzeźba siedząca na ławce pod BUW-em późnym wieczorem mnie przestraszyła, jakoś naiwnie oczekiwałam, że jak ktoś siedzi na ławce, to jest żywy…
A my żywi i najedzeni wróciliśmy do Warszawy (no tak, gofry w Tatrzańskiej chwycone w drodze powrotnej okazały się pyszne) i wakacje zakończyliśmy sytym jedzonkiem w Restauracji Mołdawskiej (dla mięso i tłusto żerców)
Posted by By: elffaran |
