majówka 2008 – sobota
Nocleg ze śniadaniem oznacza, że trzeba wstać rano. Hmm, co za pomysł wstawać rano w weekend? No ale w nagrodę całkiem niezłe śniadanko, zwłaszcza dla mięsożerców – wędlinki godne polecenia. Czy mi się wydaje, czy też im dalej od Warszawy tym bardziej mięso przypomina w smaku mięso a nie solankę? A skoro już jesteśmy przy solance – będąc w Bochni koniecznie trzeba odwiedzić kopalnię. Najpierw niestety trzeba odstać swoje w kolejce (ech znów ta masowa turystyka), potem pakują do małej ciemnej windy (nie żeby nie mieli normalnych wind z oświetleniem, mają dla obsługi, te ciemne są elementem turystycznej atrakcji). Podział na grupy i ruszamy spacerem za przewodnikiem w górniczym ubranku. Do tego momentu niczym się ta wyprawa nie różni od wizyty w Wieliczce. Chociażâ€¦ o przepraszam różni się, wejście do Wieliczki jest w paskudnej przemysłowej dzielnicy, jak byliśmy tam 3 lata temu to z jednej strony był parking gigant wersja "na żwirku", z drugiej rozpadający się magazyn. Wejście do kopalni w Bochni jest w zabytkowym budynku, przyjemniej, ale kolejka taka sama. Po zjeździe podział na grupy z uroczym przykładem, że umiejętność mówienia nie zawsze przekłada się na umiejętność zadania pytania tak aby otrzymać potrzebną odpowiedź. Przewodnik zapytał "czy ktoś z państwa jest sam?". Sam raczej nikt nie wybiera się na zwiedzanie tego przybytku. Dopiero po chwili okazało się, że przewodnicy chcą stadko podzielić na grupy i nie zgadza się liczebność. Tyle, że umknęło im, że w czasie zjeżdżania do kopalni przemieszały się pary, rodziny i grupki i podział na zasadzie "ci co stoją przed torami do mnie" to słaby pomysł. A właściwe pytanie byłoby raczej "kto z państwa ma współmałżonka lub dziecko po mojej stronie barykady?". Po trudach podziału potupaliśmy za naszą panią, która okazała się być talentem pedagogicznym i wesołą osóbką uświadamiającą o urokach wdychania oparów soli (no tak, może dla układu oddechowego to jest bardzo przyjemne i zdrowe, dla reszty moich układów kopalnia, ze względu na różnice ciśnienia nie jest taką dużą przyjemnością, na szczęście – po licznych schodach schodzi się w dół, gdyby mi kazał ktoś wchodzić w górę – ogłosiłabym strajk), oprócz uroków wdychania są jeszcze uroki polizania – tam gdzie się świeci to pewnie już ktoś lizał. Swoistą sensacją była wersja legendy o tym jak święta Kinga przyniosła sól do Polski. Otóż w żywiołowej wersji pani przewodnik pojawiał się motyw dyskusji między Kingą a tatusiem, który mówi do księżniczki "a jak ty sobie dziecko tą kopalnię soli zabierzesz do Polski z Węgier…. Samolotem?! Echem… nie wiedziałam, że samoloty było znane w czasach Bolesława Wstydliwego (13 wiek), ale poza tym pani była świetna, serio.
No dobra, idziemy. Wspominałam o torach? Z maratonu po Wieliczce pamiętam, że tory służą głównie do potykania się o nie. Na szczęście okazuje się, że może być inaczej. W Bochni jest pociąg! Tu się przyznaję, żem dziecko i pociąg okazał się największą atrakcją. Ogólnie – jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć kopalnię soli to polecam Bochnię a nie Wieliczkę. W Bochni trasa jest łatwiejsza i części eksponatów można dotknąć, poruszyć, zobaczyć jak działają. Są to rekonstrukcje (większość ocalałych zabytków jest w Wieliczce), co może martwić muzealników ale nie dzieci, którym się pozwala macnąć osobiście wagonik czy koło zamachowe z drewna. Na końcu trasy jest sala, gdzie odbywają się dyskoteki (jest nawet standardowa dyskotekowa kula na solnym suficie) i sala gdzie odbywa się masowy nocleg po dyskotece, bo w Bochni można nocować – albo w "koszarach" albo w segmentach 2-3 osobowych. Na miejscu są cheeseburgery do jedzenia i sala sportowa do wykorzystania. Cheeseburgery są be, wolę te z popularniejszych sieci.
Przy wyjeździe jeszcze jedno wspomnienie o masowości turystycznego wykorzystania obiektu – dwa poziomy są "techniczne", zajęte przez sprzęt zapewniający wentylowanie i odprowadzanie wody.
Po zwiedzaniu podziemi czas na pooglądanie światła dziennego. Tyle, że po solnym spacerku ja osobiście niekoniecznie miałam chęć poruszania nóżkami. Tak więc został uruchomiony plan dojazdu do jednej z miejscowości, którą kiedyś zaznaczyliśmy na mapie "do odwiedzenia kiedyś". Lipnica Murowana ma charakterystyczny rynek – niskie budynki z dachami podpartymi drewnianymi słupami. Niestety – tym razem dwa domy w remoncie skutecznie psuły urodę całości, zresztą – owa całość i tak była zastawiona samochodami. Jednak głównym zabytkiem jest drewniany kościół Leonarda (15w zbudowany na miejscu starszej świątyni)- położony jak wiele starych kościołów na cmentarzu.
Niegdyś chrześcijanie budowali kościoły w miejscach pochówku męczenników, potem z braku męczenników budowano w pobliżu miejsc pochówku ogólnie, słusznie, bo są to miejsca służące refleksji bardziej niż centra miast i sąsiedztwo bazarów. Wnętrze kościoła Leonarda jest absolutnie porażające
– całość malowana – ściany i sufit, malowidła są z różnych okresów, dzieli je ponad 100 lat pracy nad wystrojem. Sufit jest pokryty regularnym wzorem. Pan opiekujący się obiektem opowiedział, że wzory na suficie powstawały poprzez malowanie belek stropowych przed użyciem. Nakładano na nie skórzane wzory (forma nazywała się patronem) i wypełniano farbami mineralnymi. Po kilkuset latach te wzory nadal wyglądają żywo. Mnie osobiście widok takich starych
kościołów, gdzie każdy element jest starannie dopracowany, ale jednocześnie – spójny z poziomem i sposobem życia okolicy, nasuwa refleksję jak ogromna wiara była ludzi, którzy swój czas i niemały wysiłek poświęcali na wzniesienie wspólnego miejsca modlitwy. To miejsce dopasowane wielkością do społeczności i umieszczone "z dala od zgiełku" robi wrażenie świadectwa wiary – w przeciwieństwie do współczesnych kościołów będących jak dla mnie jedynie świadectwem hipokryzji, pychy i kultu pieniądza. Jaki bowiem jest sens wystawiania w miejscach gdzie w mszach uczestniczy 50 osób kościoła na 500 osób? W dodatku koniecznie potężnego tak, żeby go było widać z kilku sąsiednich miejscowości? Zauważyłam też, że sporo współczesnych kościołów ma formę architektoniczną, którą na swój użytek nazywam formą "kwoki" – wąski, wysoki przód (jak zadarty wyciągnięty kurzy łepek), aby jak najwyżej umieścić głośniki (bo koniecznie wszystkim trzeba spokój zakłócać!) i do tego rozkraczony środek i tył, aby w środku wierny poczuł się jak zmarznięty, malutki petent i nie mógł się ukryć gdzieś pod ścianą przed czujnym wzrokiem księdza z tacą (przecież ten betonowy, kolosalny kościół tak trudno ogrzać, więc trzeba płacić!). Oczywiście to jedna bezkształtna bryła, nikt już przecież nie zamierza konfesjonałów umieszczać dyskretnie, nie buduje ambony dla księdza na czas wygłaszania kazań – współcześnie ksiądz kazania wygłasza podpierając się autorytetem ołtarza.
A co do kościoła w Lipnicy – w Wikipedii znalazłam jeszcze jedną ciekawą informację – w 1997 powódź podmyła kościół. Zabytek uratowali mieszkańcy przywiązując linami do okolicznych (przyznaję, że potężnych) drzew.
Po zwiedzaniu czas na jedzonko. W Lipnicy są dwie restauracje. W obu imprezy (no tak – maj to w sobotę, wesela w niedzielę komunie). W restauracji "ułan" mimo wesela przyjmowali klientów, ale to chyba nie był dobry pomysł. Jedzenie okazało się jakości jak w ulicznym barku dla studentów. Gołąbki z grzybami okazały się czymś w mocno wysuszonej kapuście (potęga kuchenek mikrofalowych, ech…) z zawartością standardowej sajgonki i sosem pomidorowym, w którym więcej było maggi niż pomidorów. Dało się to zjeść, ale studenckie żarcie nigdy mnie nie fascynowało. Małżonek asekurancko zamówił mięso z grilla. Mięso oczywiście nawet nie udawało, że widziało grilla, ale przynajmniej zobaczyło patelnię zamiast mikrofalówki. Żądni deseru postanowiliśmy udać się dalej. Dalej okazało się być dużo dalej – w Starym Sączu. Sentyment potrafi człowieka daleko zanieść. "Marysieńka" widocznie nie jest popularnym miejscem na wesela, szczęśliwie żadnego przyjęcia tam nie było, za to sporo gości i spanikowane kelnerki mylące zamówienia i ostrzegające, że trzeba długo czekać. Za to oba desery – suflet czekoladowy i gruszki w sosie jagodowym były fantastyczne. Mam nadzieję, że nadal będą w karcie jak pojawimy się tam za kolejne kilka lat… Rzut oka z tarasu "Marysieńki" na rynek ucieszył mnie małą-dużą rzeczą. Zniknęły paskudne linie białej farby, którą na zabytkowym rynku namalowano parking. Nie wiem czy zmyły się same, czy konserwator kazał to świństwo sczyścić, ale rynek odzyskał przynajmniej część blasku. Niestety tylko część – dalej można na nim parkować. Szkoda, naprawdę w takich miejscach parkowanie powinno być zakazane. Polska ma tylko kilka zabytkowych charakterystycznych rynków, chociaż teoretycznie każde miasteczko ma swój ryneczek, niestety w większości identyczny z rynkiem w miasteczku obok i miasteczku 200 kilometrów dalej. Z naprawdę ciekawych rynków – warto pamiętać o Pułtusku – o ile pamięć mnie nie myli to najdłuższy rynek w Europie – niestety też spożytkowany na parking i bazar. Bazar w takich miejscach mnie nie razi, temu w końcu odwiecznie służył rynek, ale parking można zrobić gdzieś indziej.
A wracając do wyjazdu – miło było znów zobaczyć Stary Sącz, stwierdzić, że nadal praktycznie się nie zmienia, no i to nie ja na wycieczkach jestem kierowcą, nie ja musiałam górską drogą wracać do Bochni. Szczęśliwie żuczek (czy raczej biedronka) sprawdza się całkiem nieźle w takim terenie, ale ciśnienie przy zjazdach z gór zatyka uszki.
Posted by By: elffaran |
