Majówka 2008 – Dzień 1
Długi weekend majowy jest, a raczej był, niestety, jedyną prawdopodobnie okazją spędzenia paru dni razem z moją ukochaną żoną na totalnym nic nierobieniu. Dlaczego w tym roku najprawdopodobniej nie uda nam się razem spędzić urlopu? Odpowiedź na to pytanie nadaje się na całkiem inny post o tematyce prawno-ekonomicznej, dlatego nie będę się w ten temat teraz zagłębiał.
Te parę dni postanowiliśmy spędzić na wyjeździe. Prawdopodobnie też to był ostatni tego typu wyjazd w naszym życiu, ale to okaże się dopiero później.
Polska jest przepięknym krajem, który posiada wiele tajemnic, miejsc wartych zobaczenia, potraw które należy spróbować i ludzi, których warto poznać. Oboje z Elffaran mamy zacięcie poznawcze, oboje lubimy obserwować ludzi, społeczności, ich zwyczaje i sposób na życie. Dzięki takiemu podejściu czerpiemy przyjemność z podróżowania po naszym wspaniałym kraju, a nasze dotychczasowe wojaże charakteryzowały się pewnego rodzaju spontanicznością. Wystarczy wybrać miejsce, rejon, w którym się jeszcze nie było, a już tam czekają wspaniałe atrakcję. Tak miało być i tym razem.
Ogólnym pomysłem wyprawy było zwiedzanie Ojcowskiego Parku Narodowego. Park ten znajduje się mniej więcej w połowie drogi między Katowicami a Krakowem. Trasa była dość prosta: do Katowic trasą katowicką, potem drogą 94. Wstępnie planowałem zatrzymać się w Olkuszu. Tak jak podczas poprzednich wypraw nie rezerwowaliśmy miejsc noclegowych zdając się całkowicie na szczęście i rozległą i bogatą w naszym kraju infrastrukturę turystyczną.
W drodze do Katowic zrobiliśmy sobie jedną przerwę, na obiad. I tu muszę wspomnieć, że mieliśmy niezwykłe szczęście trafić na zajazd (Mistral), tuż za Częstochową, który zaserwował nam przepyszne potrawy. Ja tradycyjnie zamówiłem tradycyjnego schabowego, był dobry, no może nie ma się nad czym rozczulać
, ale dawno nie jadłem tradycyjnego schaboszczaka. Natomiast moja druga połowa zamówiła przepyszny schab faszerowany sosem musztardowym. To mięsko po prostu rozpływało się w ustach. Wiem bo go troszkę kochaniu uczknąłem
. Po dobrym obiadku byliśmy pełni optymizmu co do reszty naszej podróży.
Po paru godzinach jazdy dojechaliśmy do Ojcowa. To co nas uderzyło to liczba samochodów i turystów na jednym metrze kwadratowym. Koleżanka z pracy, która pochodzi z tamtych okolic ostrzegała mnie co prawda, że to dość popularna okolica, ale nie spodziewałem się, że aż tak.
W okolicznych wsiach wyspecjalizował się przemysł agroturystyczny, prawie na każdym domu wisiała informacja o pokojach do wynajęcia. Próbowaliśmy po kolei, dom za domem, ale okazywało się, że wszystkie miejsca są już zajęte. Tak od Ojcowa przejechaliśmy do pobliskiego miasteczka Skała. Wydawać się by mogło, że w miasteczku nieopodal kilku bardzo znanych miejscowości turystycznych i przecięciu dwóch dróg krajowych, powinien znajdować się Hotel. Nic bardziej mylnego. W Skale nikt nigdy nie słyszał o jakimkolwiek hotelu i ludzie, choć bardzo życzliwi, wysyłali nas do pobliskich wsi, w kierunku Ojcowa. Przejechaliśmy jeszcze koło Pieskowej Skały robiąc kółeczko w Sienicznie wracając na drogę w stronę Krakowa. Miejsce znalazło się tylko w obskurnym zajeździe, którego nazwę przez grzeczność pominę. Właściciel tego przybytku był tak nieprzyjemny, że postanowiliśmy szukać jednak szczęścia dalej.
Jechaliśmy w stronę Krakowa. Byliśmy zmęczeni, a perspektywa postoju z każą minutą oddalała się. Było już późno. Zbliżała się już 20-sta, a my wciąż nie mieliśmy gdzie się podziać. Atmosfera w samochodzie zrobiła się bardzo ciężka. Mając na uwadze sentyment do Starego Sącza postanowiłem spróbować pojechać w jego kierunku szukając miejsca postoju.
Przejechaliśmy przez Kraków, kierując się w stronę Wieliczki. Dochodziła już 20:30, gdy padła propozycja brzmiąca jak ultimatum: „Wracamy do DOMU. Do Warszawy. W długi weekend nie znajdziemy nigdzie miejsca. A następnym razem nie ruszamy się nigdzie bez zarezerwowanego noclegu!”. Ultimatum, albo znajdziemy miejsc, albo wracamy do domu i nigdy już nie wyruszymy w taką podróż.
Postanowiliśmy, że jeśli w ciągu następnych 45 minut nie znajdziemy miejsca na spoczynek, wracamy. Minęliśmy Wieliczkę. Zaczęło robić się już ciemno. Gdzieś w okolicach Bochni zobaczyliśmy drogowskaz na Hotel Atlas. Dojechaliśmy tam, żeby przekonać się, jak malownicze jest to miejsce. Napotkaliśmy bardzo miłą obsługę, ale niestety miejsc już nie było. Zapowiadała się totalna katastrofa. W zasadzie kierowaliśmy się w stronę Bochni aby wyjechać na trasę do Warszawy.
Będąc już dość zmęczonym, po prawie 10 godzinach jazdy, przejechałem skręt na trasę A4 i wjechałem do Bochni. Tam zatrzymaliśmy się na rynku, żeby przyjrzeć się mapie miasta. Na mapie zaznaczone były hotele. W akcie desperacji i chęci ratowania wyjazdu namówiłem Elffaran na jeszcze jeden wysiłek i poszliśmy do najbliższego Hotelu. ![]()
Te dwa ostanie miejsca musiały czekać właśnie na nas. Hotel Sutoris w Bochni okazał się idealną bazą wypadową dla dalszego zwiedzania. Jak tylko zanieśliśmy bagaże do pokoju, zaraz nam się humory poprawiły. W ciągu następnych 20 minut mieliśmy już całkiem nowy plan zwiedzania i odpoczynku. Ale o tym, to w następnym poście.
Na zakończenie dnia jeszcze spacer po rynku w Bochni i jedno małe piwko na sen. Dobranoc.
Posted by By: tryt |
