Pianola, Kurt Vonnegut

Może trochę w ramach postscriptum do wpisu o junk job – Pianola. Zdecydowanie nie jest to szczytowe osiągnięcie pisarskie Vonneguta. Może każdy pisarz mający skłonność do refleksji nad rodzajem ludzkim musi popełnić swoją wersję „Nowego, wspaniałego świata” czy „Roku 1984″. To co różni „Pianolę” to refleksja nad znaczeniem pracy w życiu człowieka. Pracy i złudzenia, że człowiek choćby mały i szary – decyduje o swoim życiu. Złudzenia. Ludzie z „Pianoli” nie przejrzą na oczy, zniszczywszy jeden system segregujący ich jak przedmioty i pozbawiający indywidualności, natychmiast zaczną budować kolejny.
No i – fragment, którego nie da się zamknąć w cytatach, a który na mnie zrobił największe wrażenie w tej, w sumie raczej słabej powieści, to kilku zdaniowa opowieść o romansie „przeciętnego człowieka” mającego „przeciętną rodzinę”, gdzie ten romans brzydki i bez celowy jest jedną rzeczą, która sprawia, że w życiu „coś się dzieje”.

A co do „junk job”, pewnie znalazły by się w moim życiu okresy, z których pracę tak bym określiła – a określenie to wynikało by z sposobu odnoszenia się do mnie przełożonych, czy poczucia sensowności (lub raczej jej braku) działań na rzecz firmy, a nie rodzaju pracy, chociaż zdarzało się, że roznosiłam ulotki, czy przepisywałam dane. W gruncie rzeczy otoczenie potrafi sprawić, że każda praca staje się interesująca i stymulująca do myślenia – chociażby poprzez jakość kontaktów z współpracownikami, przełożonymi i klientami, albo też uznajesz, że to co robisz choć jest durne i nudne, jest też potrzebne i ten twój wysiłek jest doceniany
Poniżej – „Pianola” w wyrywkach.

Mój chłopak jest już urządzony.
Ach tak? Cieszę się, że to słyszę.
Tak. Powiesił się dziś rano w kuchni.
Boże!
Tak, powtórzyłem mu, co pan mi wczoraj mówił i poczuł się tym tak zniechęcony, że dał za wygraną. To najlepsze wyjście. Nas jest naprawdę zbyt wielu.
[...]Właśnie powiedziałem doktorowi, że mój syn nie znalazł dla siebie racji bytu, więc zrezygnował z życia dziś rano…

Ten „przeciętny obywatel”…obawiam się, że w naszym języku nie mamy odpowiednika.
[...]Zwykły człowiek. Jak na przykład ci, którzy pracowali na moście, czy ten w tym starym samochodzie, którego mijliśmy. Mały człowiek, niezbyt zdolny, ale poczciwy, prosty, taki zwykły, taki jakich się co dzień spotyka.
[...] Aha!- powiedział szach, kiwając głowią. – Takaru.
Co on powiedział?
Takaru – wyjaśnił Khashdrahr – Niewolnik.

Kiedy przed wojną miałem parafię, mawiałem swoim parafianom że najważniejszą rzeczą jest ich życie duchowe w odniesieniu do Boga i w porównaniu z tym ich udział w gospodarce jest niczym. Teraz wy ich wymanewrowaliście z ich roli w gospodarce i na rynku i przekonali się… większość z nich… że to, co pozostało, równa się mniej więcej zeru.

Pan chciałby być tym nowym mesjaszem[...]?
Czasami myślę, że tak…chociażby tylko we własnej obronie. A również byłby to świetny sposób, by się wzbogacić. Kłopot w tym, że za łatwo mnie do czegoś namówić albo od czegoś odmówić. Lubię być nakłaniany. Kiepsko jak na mesjasza! Poza tym, kto słyszał o niskim, grubym mesjaszu w średnim wieku i ze słabym wzrokiem?

Czy ten człowiek jest duchowym przywódcą narodu amerykańskiego?
Haylard powiedział mu o rozdziale między państwem, a kościołem i tak jak przewidywał, spotkał się z niedowierzaniem szacha oraz napomknieniem, że on Haylard widocznie w ogóle nie zrozumiał pytania.
Z przymilną młodzieńczą mieszaniną odwagi i nieśmiałości[...]prezydent czytał teraz przemówienie, które ktoś mu napisał.

Leave a Reply »»