Kurt Vonnegut, „Recydywista”
Dobra książka. Dobra i na kiepskie dni, kiedy w sam raz rozśmieszają na wpół ironiczne komentarze o rzeczywistości, dobra i na te dni, kiedy można się przez chwilę pozastanawiać nad naturą życia. Opowieść o życiu bez wielkich słów. Opowieść o zwykłych ludziach, którzy w szarych sytuacjach są szarzy, postawieni wobec szansy okazują się znakomitymi szefami korporacji, w końcu to tylko kwestia odpowiedniego krawata i poczucia bycia na właściwym miejscu. Opowieść o uczuciu, które ma żenujący początek i równie żenujący koniec, a przecież i tak wydaje się coś warte. Vonnegut oszałamia mnie sposobem w jaki pokazuje zwyczajność, bo wydaje się to cholernie prawdziwe. Bohater stara się żyć w takim życiu, jakie mu chwilowo przypadek ofiarował, żyć najlepiej jak potrafi, nie dziwić się, kiedy wszystko traci, nie oczekiwać rzeczy chwilowo nie danych. Współczesna droga do nirwany? Pewnie jak zwykle interpretacji może być równie wiele jak czytelników, a może i więcej. W każdym razie – jedna z tych powieści, które chcę na własność, na swojej półce w biblioteczce, jak już się tego miejsca na książki doczekam…
Porcja rodzynków:
Miłość czasem przegrywa, lecz dobre maniery – nigdy
Panie Hapgood – zapytał – czym wytłumaczy pan fakt, ze człowiek pochodzący z tak dobrej rodziny, obdarzony tak wspaniałym wykształceniem jak pan, obiera właśnie taką drogę życia?
-Czym? – powtórzył za nim Hapgood, wedle relacji Hapgooda. – Kazaniem na Górze, proszę wysokiego sądu.
A wtedy ojciec Księżyca Claycomba oświadczył, co następuje:
-Sąd zawiesza rozprawę do godziny czternastej.
Tuż po wyroku zrobiono mi zdjęcie do gazety na tylnym siedzeniu zielonej limuzyny szeryfa federalnego. Zdjęcie to powszechnie uznano za obraz mojej hańby, upadku, przerażenia i niemożności spojrzenia ludziom w oczy. Była to, w gruncie rzeczy, fotografia faceta, który dopiero co podłożył ogień pod własne spodnie.
W dalszym ciągu uważam, że musi istnieć sposób na powszechny pokój, dobrobyt i szczęście. Głupi jestem.
Matko święta – pomyślałem sobie. – Te kelnerki i kucharki są tak samo pozbawione uprzedzeń jak ptaki i jaszczurki na Wyspach Galapagos.
Życie to egzamin -odparł Clewes. – Gdyby moje życie cały czas toczyło się tak gładko jak na początku, stanąłbym w niebie nie poznawszy ani jednego problemu, którego rozwiązanie nie jest zwykłą fraszką. A Święty Piotr musiałby mi powiedzieć „Mój chłopcze, przecież ty w ogóle nie żyłeś. Co z ciebie za dziwoląg”?
„Walterze, kochasz mnie? – zapytała Mary Kethleen moje gołe plecy.
Cóż mogłem odpowiedzieć?
Jasne, że cię kocham.
Twierdzę, że jeśli ludzie chcieliby się od czasu do czasu sensownie pomodlić, mogliby to robić tak:
-Panie Boże, nie daj mi nigdy za szefa człowieka, który się boi.
[...]jestem najbardziej skompromitowanym absolwentem Harvardu [...] Przynajmniej zdążyłem ofiarować Harvardowi dziesięć tysięcy dolarów, zanim pojawili się adwokaci i znów zabrali mi wszystko co do gorsza.
Posted by By: elffaran |
