Niezwykłe dziady i baby

Wybraliśmy się na anonsowane "Niezwykłe dziady i baby". Impreza dyskretnie "wyszła" na zewnątrz. Przed budynkiem, którym mieści się Scena "Lubelska" pojawiły się porozstawiane znicze. Fajny efekt.
Nie zabrałam aparatu, wychodząc z założenia, że ani teatru ani muzyki na zdjęciach uchwycić się nie da. Pożałowałam na miejscu, bo miejsce ma ściany ozdobione podobiznami ludka – ekshibicjonisty w różnych stadiach. Najfajniejszy jest oczywiście rysunek finalny. Nie tyle dzięki detalom anatomicznym (nie emocjonować się tam zboczeńcy), ale dzięki fantastycznej minie wyrażającej coś, co określiłabym jako uchachaną radość spod znaku "i co mi zrobisz".
Na miejscu oczywiście mało luksusowo, ale dzięki temu przestrzeń naprawdę fajnie wykorzystana. Publiczność siedziała skupiona niemal w kole dookoła stołu, który był miejscem wyznaczającym umownie "scenę". A wykonawcy przemieszali się z publicznością.
Zwracam uwagę na aranżacje przestrzeni, bo z natury nie jestem osobą, która pakuje się do pierwszego rzędu i domaga się wytypowania jej do udziału. Jeśli animatorzy jakiejś imprezy chcą stworzyć widzom poczucie, że widz jest też uczestnikiem, to wobec opornych jednostek mogą zadziałać tylko poprzez odpowiednie wykorzystanie przestrzeni.
Tym razem obserwując rozmieszczanie się ludzi i wdawanie się przez nich w pogawędki zastanawiałam się, czy w sali pojawił się ktoś, kto nie był związany z którymś z wykonawców, a tylko po prostu zobaczył plakat. Takie wydarzenia to w dużej mierze wydarzenia dla krewnych i znajomych królika – czy niestety czy na szczęście – to dyskusyjne. W każdym razie zestawienie kilku grup w jednym miejscu daje szansę rozszerzenia nieco horyzontów.

Luźna refleksja – coraz więcej konsumenckiego nastawienia do kultury i to chyba specyfika miasta. Dużego miasta, bo z małego miasta pamiętam ludzi dość spontanicznie biorących udział w imprezie na rynku. W Warszawie młodzi ludzie chwalą sobie, że życie w stolicy daje dostęp do "kultury", ale mają na myśli kulturę "kupowaną" w postaci biletów do prestiżowego czegoś i "konsumowaną" poprzez umieszczenie swojej tylnej części w wygodnym fotelu, oraz wystawienie nerwów wzorkowych i słuchowych na bodźce.

Wracając do "dziadów i bab" – przedstawienie Klamry idealnie dobrane do aktorów, w wykonaniu "normalnych" wyszłoby to fatalnie sztucznie. Im wyszło tak samo z siebie. Społeczeństwo dużo moim zdaniem traci odsuwając na daleki margines osoby "lekko upośledzone psychicznie" jak to się nazywa. Kontakt z takimi ludźmi uświadamia jak bardzo kontrolujemy swoje odruchy i emocje. I jak trudno nawet na chwilę wyjść z tego obszaru kontroli, czy też przeżyć zetknięcie z kimś, kto obszar kontroli ma inny. Zachowanie odpowiedniej fasady (Goffman się kłania z swoją teorią) potrzebne jest do zachowania płynnej współpracy w społeczeństwie. Czy jednak potrzebne jest kiedy społeczeństwo chwilowo znajduje się po drugiej stronie drzwi domu?

Zostawię Was z tą myślą, a tymczasem szybki przegląd tego co się działo tego wieczoru dalej:
Występ Sol et Luna -duetu z pieśniami sierocymi i oprawą muzyczną "Dziadów" – jak dla mnie idealne w klimacie tego dookoła zaduszkowego wieczoru, zwłaszcza część pierwsza z starymi pieśniami, ale też – muzyka specyficzna i daleka od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Występ, który mi osobiście podobał się najbardziej, ale też nie za bardzo jest co opisywać, bo wrażenia słuchowe na słowo pisane przekładają się słabo.

Studnia O
– występ żeńskiej części wpasowany w klimat dziadów, występ męskiej części – jak dla mnie zgrzyt, chociaż pewnie części publiczności znudzonej nadmiarem refleksyjności się podobał. Dla mnie robienie jajec ze śmierci w ramach przedstawienia, które klimatycznie nawiązuje do obcowania ze śmiercią bliskich i obcowania z przodkami było nie na miejscu i poskutkowało zastanawianiem się czy ten pan potrafi swój niewątpliwy talent wykorzystać w poważnych tematach.
Za to opowieść Pani była idealna w klimatach polskich zaduszek i opowiadań o zagubionych duszach i żywych i umarłych. Opowieść ładnie ubarwiona umiejętną i delikatną interakcją z spontanicznymi reakcjami ludzi z Klamry.
Przy okazji Studni O – dla tych, którzy lubią słuchać opowiadań – festiwal sztuki opowiadania od 14 do 18 listopada.

Jarzębina – to chyba nazywa się śpiew biały – pozbawiony modulacji. Niezłe zwłaszcza do prezentacji w warunkach dalekich od luksusu. Niezłe i niemonotonne, bo przeplatane opowiastkami wygłaszanymi gwarą. Jedzonko też niezłe, bo było i jedzonko – kto nie był niech żałuje.

Monodia na koniec – oj dobrze, że na koniec. Piękne głosy niestety nie wystarczą by utrzymać uwagę publiki przy monotonnie powtarzanym motywie, ale można było to potraktować jako miłe tło do rozmów ze znajomymi przed rozejściem się do domów.

Leave a Reply »»