Praga Północ – Między Gotham City a Montmartre
W między czasie trafiliśmy na kolejne śniadanie warszawskie poświęcone Pradze. Odbyło się z udziałem Orkiestry Praskiej. To ostatnie przyznam, że obudziło we mnie wiele wspomnień. Jedne dzieci wychowały się na kołysankach, inne na nagraniach Orkiestry z Chmielnej. To już wiecie jaka była moja ulubiona płyta z dzieciństwa – czarny winyl oczywiście. Uważam, że i tak wyszłam na tym lepiej niż dzieci chowane na listach przebojów cini mini (poprawcie mnie jeśli nazwa nie jest poprawna). Choćby dla tego, że muzyka warszawskich orkiestr podwórkowych opierała się nie na bum cyk cyk, ale na popularnych niegdyś formach muzyki do tańca jak walc i tango.
Wracając jednak do Orkiestry – od co najmniej 10 lat nie słyszałam "orkiestry podwórkowej". Po części wynika to oczywiście z faktu, że miasto oglądam raczej zza szyb samochodu, autobusu w najgorszym razie, ale też – w czasach mojego dzieciństwa Orkiestra z Chmielnej i Orkiestra z Czerniakowskiej to już były tylko symbole, do których przyznawały się różne naśladujące grupy – naśladujące, ale już nie tworzące samodzielnie. Folklor Warszawy jako miasta został zastąpiony mitem szybko rozwijającego się centralnego miasta, tak jak kamieniczki zostały zastąpione przez szkło i aluminium (i to już nie mit, ale twarda rzeczywistość). Z jednej strony to oczywiście dobrze, bo rozwój ekonomiczny przekłada się na miejsca pracy i standard życia mieszkańców, z drugiej strony – szkło i aluminium wyglądają wszędzie mniej więcej tak samo i miasto traci swoją tożsamość. Kamieniczki w różnych miastach różniły się architekturą, i różnili się ich mieszkańcy – Lwowiak mówił inaczej niż Warszawiak, a Warszawiak z Żoliborza mówił inaczej niż Warszawiak z Pragi – to ostatnie ocalił od pogrążenia się w zupełnym niebycie nieoceniony Wiech, ale… kto jeszcze czyta Wiecha? W czasach kłócenia się o umieszczenie na listach szkolnych lektur jeszcze jednej łyżeczki patriotyzmu spod znaku zabijmy-wszystkich-obcych, takie powieści lądują w pudełku z kiczem i tandetą, obok innych przejawów ludowości i lokalności. Mam wrażenie, że patriotyzm lokalny jakoś nie sprzedaje się w Polsce dobrze, a "małe ojczyzny" dało się wypromować tylko na terenach z mocnymi wpływami niemieckimi i to pewnie głównie ze względu na trudności mieszanych rodzin z identyfikacją z całym państwem.
Potencjalnie sporą zaletą takich spotkań jak "śniadanie warszawskie" jest pokazanie miasta, jako ludzi, a nie jako budynków, które mijamy po drodze. Myślę, że właśnie na spotkaniu poświęconym Pradze udało się to całkiem nieźle – zarówno dzięki orkiestrze jak i dzięki wątkowi poświęconemu rzemieślnikom praskim.
Duży plus dla praskich licealistów, po których było widać zaangażowanie spod innego znaku niż w liceum Batorego poprzednim razem, chociaż przecież nie zrobili ani więcej ani mniej. Tak na marginesie – jestem przeciwna wystawianiu ocen licealistom za takie akcje, bo przepraszam bardzo – ale widać, że często ich to nie interesuje, niemniej muszą zrobić "coś" żeby dostać szóstkę za pozalekcyjną aktywność. Niestety renomowane liceum zobowiązuje do aktywności, ale nie do samodzielności w wyborze tej aktywności. Żenujące. Nie da się nikomu zaszczepić bakcyla etnograficznego, jeśli tego sam nie czuje.
Znów będzie dygresja – w moich czasach studenckich jednym z najmniej lubianych przedmiotów była antropologia kulturowa – ilość serwowanych nam detali, co do koralików i guziczków, wymienianych na różnych dalekich wyspach była porażająca. Duża część studentów przyjmowała te informacje bezrefleksyjnie, zgodnie z zasadą Zakuj-Zalicz-Zapomnij, zwłaszcza że niestety prof. Kurczewski nie miał lepszego pomysłu na egzamin z przedmiotu niż test wiedzy (no to czy koraliki na Triobriandach wymieniano w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara czy w przeciwnym?). Czy wobec tego było to przedmiot niepotrzebny i serwujący papkę bezużytecznych informacji? Moim zdaniem był potrzebny i widzę nawet sens stworzenia analogicznego przedmiotu dużo wcześniej – przed maturą. Jeśli pominąć koraliki – antropologia kulturowa pokazuje na jak wiele sposobów może być zorganizowane życie ludzkie – rodzinne, społeczne, kulturalne. Jak wiele zależy w tej organizacji od warunków zewnętrznych i jak niewiele jest cech "ogólnoludzkich" nawet w bardzo podstawowych komórkach jak rodzina. To uczy tolerancji i zrozumienia, że mój sposób na życie nie jest ani jedynym, ani tym bardziej najlepszym, a moja religia dzień po dniu ulega wpływom zewnętrznym, w żaden sposób nie jest wielkością niezmienną od wieków. Może gdyby Romanek G poczytał za młodu trochę twórczości antropologów w miejsce myśli Dmowskiego to miałby nieco wyższy poziom akceptacji wobec odmienności?
Antropologia kulturowa pokazuje też, że żadna kultura nie stoi w miejscu, społeczności wraz z swoimi kulturowymi normami lepiej lub gorzej dopasowują się do zmieniającego się otoczenia.
Wracając do Warszawy, na Pragę konkretnie – "moją" Warszawą jest Praga, Praga szeroko rozumiana, bo i Stalowa, i Grochów i Skaryszak, ale i odległy Anin. Praga z upadającymi kamieniczkami i domkami sprzed wojny jest miejscem, które daje poczucie ciągłości i trwania. Praga o fatalnej opinii i Praga, na której nie spotkały mnie żadne nieprzyjemne zaczepki. W pewnym sensie to jest moje miejsce magiczne – nawiązując do powiązanej z śniadaniami akcji.
A kolejne śniadanie 25 listopada – na temat-nie-wiadomo-jaki. Idea śniadań mi się podoba, ale organizacyjnie nadal co najwyżej zasługują na jak to się mawiało "w moich czasach" trójkę na szynach.
Posted by By: elffaran |
