opowiadacze

Od czasu do czasu mam chęć wziąć udział w jakimś wydarzeniu mniej więcej kulturalnym, z pominięciem rzecz jasna filmu i teatru. Na szczęście niezbyt często się to zdarza, na szczęście bo dotarcie na miejsce zdarzenia wywołuje quest pod tytułem "Warszawiaku poznaj swoje miasto w szczegółach".
Natrafiwszy na blogu Miladki na plakacik sniadanie-plakat.jpg reklamujący "Śniadanie warszawskie" podzieliłam się ideą z współmałżonkiem i tym samym w niedzielę przed południem ruszyliśmy na poszukiwanie lokalizacji Aleje Ujazdowskie 6, gdzie rzeczona impreza miała się odbyć. Widzicie na plakacie mapkę? Nie? Ja też nie. Aaaale przecież dotarcie pod numer 6 na jednej z większych warszawskich ulic nie może być trudne, prawda? A poza tym (och ta moja naiwność) zakładałam, że przynajmniej w najbliższej okolicy tego miejsca znajdą się jakieś banerki informacyjne.
Rozpoczęliśmy wędrówkę pod numerem 6A. Przecież 6 powinno być gdzieś w pobliżu. W recepcji pod 6A padła sugestia, że 6 to wcale nie w pobliżu tylko w Łazienkach. No więc przetuptaliśmy obok Parku Ujazdowskiego (czy to od tej strony też nazywa się Agrykola?) i przespacerowaliśmy się Łazienkami. Łazienki o tej porze roku są piękne, ale oczywiście numeru 6 tam nie ma. Moje kochanie uzyskało kolejną informację od innych spacerowiczów, że należy wyjść z tego parku i pójść do drugiego – no właśnie- do tego co żeśmy go już minęli i tam odszukać Pałac Ujazdowski.
Jeszcze zanim wdrapaliśmy się do Pałacu Ujazdowskiego (straciłam oddech w połowie schodów) poczułam się jakbym w czasie się cofnęła do wyjazdów kolonijnych i znów grała w podchody. Gdzie może być ukryta następna podpowiedź? Tak, tak, kolejna podpowiedź w Pałacu Ujazdowskim, który to i owszem ma numer 6, ale o żadnych warszawskich śniadaniach tam nie słyszano. Na szczęście utkwiła nam w pamięci nazwa instytucji, w której to miało się odbyć – "Instytut teatralny". Ach – Instytut to też numer 6, ale nie ten budynek… I tak po mniej więcej 40 minutach udało się owszem odnaleźć numer 6 i miejsce zdarzenia. Dookoła oczywiście żadnej, ale to żadnej informacji, że tam się coś odbywa. No chyba, że jako informację traktujemy panią stojącą w drzwiach i na zagadnięcie owszem opowiadającą co jest wewnątrz i jaki program. No i znów poczułam coś jakby powrót do przeszłości, do mych studencko humanistycznych czasów, kiedy to humaniści studenci różnych maści uwielbiali szpanować na elitę kulturalną, tudzież przywódców kulturalnych, co osiągali organizując "kulturalne" eventy w gronie krewnych i znajomych królika, tudzież ludków z łapanki ulicznej 5 minut przed początkiem. Och jej, sama nawet jako nadaktywna studentka pierwszego roku coś takiego współorganizowałam, ale już na drugim się do tego nie przyznawałam ;) . No bo bądźmy szczerzy – organizowanie czegoś, co ma wciągać i rozwijać mieszkańców w wielkim mieście – organizowanie w taki sposób, że nie wiedzą o tym nic w budynku obok, nota bene też mieszącym organizacje zajmujące się krzewieniem kultury – toż to jest zabawa studenciaków a nie wydarzenie adresowane do mieszkańców miasta. (Inna sprawa, czy tego typu impreza miałaby szansę udać się przy większej liczbie uczestników, ale takie założenia dobrze jest wykładać wprost np celowo ograniczając liczbę osób, a nie przemycać przy okazji tego, że akurat w takiej wersji organizacyjnej całość zadziałała) Kiedy machając łapkami wykładałam to swoje oburzenie, poparte odciskami po spacerze (dlaczego wybrałam się w drewniakach do parku? Bo tylko one mi pasowały do sukienki ;) ), małżonkowi, ten chciał mnie spacyfikować twierdzeniem, że nie każdy wie jak promować imprezy kulturalne. No halo, jak nie wie, to z pewnością w BUW’ie, albo w Bibliotece Narodowej znajdzie na ten temat trochę publikacji. Tak, owszem uważam, że studia wyższe mają przede wszystkim uczyć szukania i wykorzystywania informacji. A poza tym – jakoś ci humaniści, którzy zaprzedają duszę diabłu (czytaj agencjom marketingowym) potrafią się wykazać dużą liczbą pomysłów na masową promocję. Argument, że czasu im zabrakło, też jakoś mnie nie przekonał, bo "śniadanie" jest imprezą cykliczną.
No ale dobra – dotarliśmy na miejsce… i tu zaskoczyło mnie ustawienie krzeseł – jak na prelekcję. Jak dla mnie super, uwielbiam chować się w ostatnim rzędzie, ale miała być to impreza z udziałem publiczności, a nie wykład. Cała aranżacja przestrzeni – z podwyższeniem i rządkami krzeseł – sugerowała jednak słuchanie wykładu – z miejscem w pierwszych rzędach dla nadgorliwców i ostatnich dla spóźnialskich (tak, to my :) ). Już mam pomachać łapkami, celem uświadomienia małżonka jak aranżacja przestrzeni wpływa na zachowanie ludzi, na co ten z uśmieszkiem "ależ kochanie, chodziliśmy na te same wykłady". No tak, temat aranżacji przestrzeni przewija się przez większość humanistycznych kierunków od pedagogiki przez psychologię, socjologię, antropologię aż po teatrologię.
To teraz żeby nie było, że tylko marudzę i narzekam (kocham marudzić i narzekać, a tylko na blogu mogę to robić twórczo i bezkarnie ;) ) – samo wydarzenie bardzo fajne, zwłaszcza dla kogoś, kto lubi słuchać opowieści. Kultura słowa i ustnego przekazywania stopniowo obumiera, przynajmniej takie mam wrażenie, więc inicjatywa tym cenniejsza. Wyszłam pod dużym wrażeniem występu osobnika ze Studni O. To jest ten poziom gadulstwa, który chciałabym osiągnąć sama – lekkie przechodzenie od dygresji do dygresji, od skojarzenia do skojarzenia, z wpuszczeniem do czasu do czasu słuchaczy na trzy słowa, ale i nie dopuszczenie do zapadnięcia ciszy, kiedy komuś myśl się wyczerpie. Częściej jednak uczy się dzieci milczeć niż mówić, w skutek czego jako dorośli nie potrafimy snuć opowieści. No a poza tym – przed ekranem komputera nie trzeba ani słuchać ani opowiadać…
Tu będzie dygresja poświęcona jednemu z moich najsympatyczniejszych wspomnień z dzieciństwa – w przedszkolu, do którego uczęszczałam jedną z zabaw było wspólne opowiadanie bajek. Dzieci siadały w kółku i po kolei opowiadały bajkę, tak aby pociągnąć wątki poprzedników. Z dumą wspominam, że dość często zabawa "zawieszała się" na mnie, bo dzieci lubiły słuchać jak łączę ich wątki, a ja lubiłam opowiadać jak tylko zapodano mi jakieś postacie i wątki ramowe.
A co do ustnego przekazywania tradycji – dziś oczywiście telewizor czy komputer wygrywa z opowieściami dziadka. Szkoda, bo prowadzi do urawniłowki, wszyscy staniemy się identyczni, wypasieni na identycznych bodźcach, pozbawieni indywidualnych rodzinnych historii i rodzinnych powiedzonek. Swoją drogą – opowieść starszego pana, będąca kolejnym punktem programu, chyba sporą część widowni znudziła, a szkoda. Słuchanie starszych osób jest trudne ze względu na to, że często mówią zbyt cicho, mało składnie, odwołując się do skojarzeń, które dla nich są oczywiste, ale dla słuchaczy o kilka pokoleń młodszych są już obce i niejasne. Może takie opowiadanie powinno być poprowadzone jako rozmowa z osobą młodszą, wówczas było by lżejsze do śledzenia i zyskałoby dodatkowe barwy.
Zastanowiliście się kiedyś drodzy czytelnicy czy lepiej stracić wzrok czy słuch? Wzrok zapewnia nam kontakt z światem przedmiotów, słuch ze światem społecznym. Spektakl słowa i dźwięku może jak się okazuje mieć znaczenie terapeutyczne dla osób, które mają problem w kontaktach ze światem społecznym – tak jest w innym projekcie Studni O – "Kulka dźwięku". A mnie wciągnęło słuchanie opowieści i zamierzam się wybrać na kolejny występ tym razem w ramach projektu muzyczne opowieści:

Bajki afrykańskie
7 października (niedziela), godz. 11.00, Stara Prochoffnia, ul. Boleść 2 (wstęp wolny)

(O czyżby udało mi się uzyskać tekst z wstępem, rozwinięciem i zakończeniem?)

Leave a Reply »»