Pratchett, plarza i (nie)powtarzalność

Przeglądam sobie frazy, które sprowadzają ludków tutaj (ach ta magia gogle!), przeglądam nawet dość regularnie, bo część bywa ciekawa a reszta przezabawna. I tak oto pomiędzy kolejnymi poszukiwaniami "warkocza czosnku" (przykro mi, ale to raczej na lokalnym bazarku szukać trzeba) a "gołych na plarzy" (pana od gołych na _plarzy_ prosimy o stukrotne przepisanie słowa PLAŻA przed następnym użyciem google, a gołych szukać raczej na plażach dla naturystów, a nie na blogach, na blogach to tylko gołe literki), no więc pomiędzy tą zabawną częścią, ktoś zarzucił interesujący haczyk, mianowicie "świat pratchetta a świat realny". Pewnie już niejeden popełnił wypowiedzi na ten temat, może nawet i jakąś analityczną pracę naukową ktoś opublikował, to mnie jednak nie powstrzyma od wypowiedzi własnej (trza być twardym, a co!)

Najpierw jednak kolejna dygresja – żyjemy w coraz bardziej zunifikowanym świecie, odbieramy te same bodźce kulturowe, literatura nie jest już dawno ograniczona do jednego kraju czy regionu. Czytając to samo, oglądając to samo, przyswajając to samo w szkołach – z konieczności powtarzamy te same tematy, te same interpretacje, te same myśli. Często mam wątpliwości czy wypowiadać się na łamach tegoż bloga na jakiś temat, bo mam poczucie, że ktoś już się wypowiedział podobnie. Często wręcz nie piszę, bo na chwilę przed otwarciem edytora przeczytałam czyjąś wypowiedź, która zawierała mój punkt widzenia. Z jednej strony – ograniczanie się w taki sposób prowadziłoby to zamknięcia bloga w kręgu doraźnych, drobnych obserwacji, z drugiej – adresatami tych wypowiedzi są osoby, które niekoniecznie trafią na te same wypowiedzi gdzie indziej. Innymi słowy – w tym zunifikowanym świecie coraz częściej nieświadomie działamy nie jak źródło, ale jak stacja przekaźnikowa, choć wydaje się nam, że jesteśmy źródłem.

A co do świata Pratchetta – początkowe części sugerowały, że świat Dysku ma być możliwie daleko od świata realnego jeśli chodzi o zasady "nauki", choć ludzka natura pozostała w nim dokładnie taka sama, jak to co widuje się dookoła siebie. Oczywiście taka sama, ale pokazana z uroczym sarkazmem. Kiedy Rincewind pierwszy raz styka się z Turystą chce uwierzyć, że świat Turysty to świat rządzony logicznymi zasadami, gdzie da się wykreować technikę bez magii, ale potem z magicznego pudełka do robienia zdjęć wyłazi demon i pyskuje, że mu się czarna farba skończyła -i już nie ma złudzeń co do techniki. Po pierwszych mocno bajkowych i mocno fantastycznych częściach pojawiają się historie straży nocnej, w których już magia pozostaje gdzieś na marginesach, a życie toczy się całkiem jakby to była powieść o świecie niemagicznym i pojawiają się coraz liczniejsze aluzje do świata realnego czasem "walące po oczach" jak kino i rock’n’roll w "ruchomych obrazkach" i "muzyce duszy" (oba wynalazki wywołały w świecie dysku wielkie, głównie negatywne, zamieszanie, ale się nie przyjęły, co być może jest formą wyrażenia przez autora opinii o tych zjawiskach), czasem są też bardziej subtelne odniesienia jak Mad Max i australijskie przysmaki w "Ostatnim kontynencie". No i w Świecie Dysku zaczęła się rozwijać technika – mają już pocztę i telegraf, osobiście czekam Az wynajdą komórki – bo technika rozwija się tam zdecydowanie szybciej niż w naszym świecie, ale ostro nadrabiają opóźnienia ;) .

Odniesienie do świata realnego najciekawsze dla mnie to specyficzne ujęcie zagadnień religijności i fanatyzmu w "Pomniejszych bóstwach", gdzie pewien kraj opanowany jest przez prowodyrów nakręcających budowę wielkich świątyń, pokazowe modlitwy i pogromy niewiernych, a w tym czasie na ziemię spada ich bóg czy raczej bożek jako mały żółwik, mały bo wierzy już w niego tylko jedna osoba, tylko ta jedna jednostka wiary podtrzymuje jego istnienie.

No tak – i jak zwykle zabrakło mi pomysłu na zakończenie tematu :p

Leave a Reply »»