Barwy języka i inne takie

Scenka rodzajowa, on i ona, on opowiada, ona słucha z podziwem, a jakże. Tekst mniej więcej taki:

Jadę kurwa a on się ciągle na mnie wpierdala. Jeździć nie potrafi. Myślałem, że mu kurwa w mordę przyjebię.

Proszę zwrócić uwagę na bogate słownictwo, nie ograniczone do prostej modyfikacji jednego słowa (np kurwa, wkurwiać itp) No i jakich bohaterów tej scenki sobie wyobraziliście?

On i ona – siedmio lub ośmiolatki, prowadzą rowerki i rozmowa dotyczy właśnie jazdy na rzeczonych rowerkach wspólnie z kolegą. Przyznam, że byłam pod wrażeniem. Zaczęłam się zastanawiać na ile to słownictwo pochodzi z ich domów rodzinnych, a na ile z filmów i szkoły. Dzieci nie wyglądały na „margines i patologię” a rowerki wskazywały na raczej swobodne zasoby finansowe rodziców i chęć dbania o pociechy. Więc pewnie to nie dom był źródłem tych uroczych tekstów. Właściwie to brzmiało niemal jak dialog z filmu o motocyklistach czy innych taksówkarzach.

Lubię przeklinać, lubię celowo używać słów powszechnie uważanych za niecenzuralne, czy po prostu „brzydkie”. Bawi mnie to, bawi mnie zaskoczenie rozmówców w nieoficjalnych rozmowach (kobieta i takie słowa!), bawi mnie elastyczność języka szczególna właśnie w zakresie słów brzydkich. Ileż to słów można stworzyć z rdzeniem „jebać”, słów o bardzo różnych znaczeniach. Od „zajebisty” do „zajebać” jest cała gama znaczeniowa. W dodatku nasza komunikacja werbalna jest mocno osadzona w kontekście – potrafię przecież powiedzieć „a to skurwysyn” tak, żeby było to wyrazem negatywnych emocji, ale i tak, że będzie to komplementem.

Znam też historię języka na tyle, by wiedzieć jak ewoluowały oficjalne znaczenia niektórych wyrazów i przewidywać, że język kolejnych pokoleń też będzie miał inne odcienie. Zresztą – kto przerabiał na lekcjach polskiego „Pana Tadeusza” ten pewnie pamięta chichoty nad „kutasami” zdobiącymi różne materie.

Daleka jestem od potępiania tych dzieciaków. Podobnie jak pewnie mając własne dzieci nie stanę się nagle purystką językową, zwłaszcza że niektórzy mogli by mnie nie poznać. Zastanawiam się jedynie nad kwestią tego jak w miarę szybko przekazać dzieciom umiejętność rozpoznawania kontekstu społecznego, w którym obowiązuje język literacki, bo dla mnie oczywiste jest, że w obecności osiemdziesięcioletniej cioci – panienki z dobrego domu – przeklinać nie będę. Zakładam, że potrafię rozpoznać, kto posiada wystarczający dystans do języka, by nie poczuć się urażonym groźbą zajebania plastikowym widelczykiem. Biorąc pod uwagę, jak dobrymi obserwatorami są dzieci – prawdopodobnie wystarczy zapewnić im obserwację odpowiednio szerokiego spektrum społecznych zachowań starszych członków rodziny.

Można sobie oczywiście wyobrazić, że rodzice nie pozwalają sobie na wymknięcie się żadnego niekulturalnego kurwiszcza, ale i tak nie będą w stanie odizolować pociechy od wpływu tv, filmów i rówieśników. Co więcej zakazany owoc jest zawsze bardziej pociągający, więc dziecię surowo izolowane od brzydkich słów, może zadziwić na rodzinnej uroczystości piękną wiązanką przekleństw.

To pisałam ja – osobnik nie mający pojęcia o pedagogice, żeby nie było wątpliwości w tej sprawie. Mam nadzieję, że porad wychowawczych nikt tu nie szuka.

Leave a Reply »»