Głośna niezgoda na milczącą zgodę
Żyjemy w państwie urzędniczym, z lubością mnożącym przepisy, które u swej podstawy są korupcjogenne. Jeśli na każdy krok musisz uzyskać pozwolenie, terminy są długie a liczba wyjątków spora – w którymś momencie pojawi się albo koperta, albo wyciągnięta łapka. W przypadku budowy inwestor często jest w pułapce – z jednej strony zobowiązania kredytowe, lub konieczność wyzbycia się mieszkania, z drugiej strony urzędniczy tor przeszkód i uzyskiwanie pozwoleń ciągnące się w nieskończoność. Pojawił się pomysł dość oczywisty – by budynki mieszkalne nie przekraczające określonych gabarytów tylko zgłaszać – jeśli gmina nie zaprotestuje przyjmowało by się zasadę milczącej zgody. Logiczne. Z jednej strony – architekci i biura projektowe i tak są zmuszeni legitymować się określonymi uprawnieniami, zazwyczaj wyższymi niż urzędnik w gminie, z drugiej – zasada domniemanej zgody dyscyplinuje urzędy – muszą zareagować w określonym terminie, inaczej to na nich spada odpowiedzialność niedopełnienia procedury. Czyli urząd musi się odpowiednio zorganizować zapewniając odpowiednią ilość kompetentnych ludzi i nie może już zrzucać odpowiedzialności na inwestora, który mimo ustawowych terminów biega i puka, bo musi mieć zatwierdzenie.
Zgodnie z tą samą logiką – automatycznie odrolniona byłaby ziemia w miastach i wprowadzona zasada milczącej zgody również tam, gdzie brakuje warunków zagospodarowania przestrzennego. Może wreszcie urzędy poczuły by się zmotywowane by zająć się tym właśnie, zamiast zatruwać życie budującym i szukać możliwości skorzystania na odrolnieniu ziemi „rolnej” pomiędzy jednym blokiem a drugim. (Fajne są widoczki zboża i kapusty w Warszawie, chociaż mam nadzieję, że te rosnące obok miejskich arterii nie trafiają na mój talerz) Ale nie, oczywiście przeciw takim rozwiązaniom musiały zaprotestować wszelkie organizacje mające cokolwiek wspólnego z planowaniem przestrzeni. Jeszcze nie daj boże ograniczyło by to możliwość zarabiania na doradztwie, jak kurna mać wygrać z gminą w zakresie tegoż planowania, które i tak jest fikcją, bo oto np moja kochana gmina w terenie gdzie jest niska zabudowa jednorodzinna wyraziła zgodę na postawienie bloków. Bo duży może więcej i szybciej, jeśli nie kopertą to adwokatem czy innymi środkami, do których pojedynczy człowiek się nie ucieknie, bo go nie stać. Duży nie buduje dla siebie, liczy się zysk końcowy a nie efekt przestrzenny i tu zatwierdzanie ma jakiś sens.
Ta sama gmina mnoży komplikacje przy składaniu projektów domów jednorodzinnych. Naprawdę inwestorzy prywatni przejmują się bardziej otoczeniem, w którym funkcjonują niż urzędnicy dojeżdżający tam tylko do pracy. Są przypadki skrajne – ale do zapobieżenia takim przypadkom wystarczy mechanizm możliwości zaprotestowania przez gminę lub sądownie przez sąsiadów.
Posted by By: elffaran |
