Kurt Vonegut, Matka Noc
To co w tej powieści jest pociągające to absolutny brak hagiografii i świętości jedynej właściwej strony, albo zamiennie ślepego okrucieństwa wszystkich. Rzecz nietypowa w opowiadaniu o wojnie i jej pokłosiu. Opowieści o wojnie zawsze jakoś wpadają w skrajności – może nie dziwne, temat jest skrajny, zapewne najtrudniej „w tym temacie” powiedzieć, że w paskudnych czasach ludzie też żyją, kochają, jedzą, pracują – to ostatnie robią po tej stronie, po jakiej się akurat znaleźli. I z konsekwencjami tego też przede wszystkim żyją sami, patrząc na wydarzenia z dystansu reszty życia.
Świat Vonneguta nie jest piękny, jest zwyczajny.
Liczyłem na to, że w swoich audycjach będę po prostu śmieszny, ale niełatwo być śmiesznym na tym świecie, gdzie tylu ludzi nie zdradza ochoty do myślenia, a za to chętnie wierzy, szczerzy kły i nienawidzi.[...]
Możecie sie rozpływać z zachwyty nad urokami bezwarunkowej wiary, a ja uważam skłonność do niej za coś przerażającego i absolutnie podłego.
Jak donosiła prasa i radio, słusznie oburzeni ludzie zrobili już co mogli, w mojej sprawie, włamując się na moje zaszczurzone poddasze, wybijając szyby i niszcząc lub wynosząc moje dobra doczesne.
Morał? Jest dość roboty z grzebaniem zmarłych, bez prób wyciągania morału z każdej śmierci.
Gdzie jest zło? To ta niemała część każdego człowieka, która chce nienawidzić bez ograniczeń, która chce nienawidzić i mieć Boga po swojej stronie.
Posted by By: elffaran |
