Znieczulica?

Kilka dni temu w mediach pojawiła się informacja, że nad umierającą kobietą w supermarkecie przeszło 5 osób, nie próbując nawet udzielić jej pomocy. Informacja naturalnie z mniej lub bardziej wyraźnymi komentarzami o braku serca w współczesnym społeczeństwie. W istocie należy się cieszyć, że ktoś jednak poinformował służby publiczne o wypadku, bo zachowanie pozostałych było całkowicie naturalne i wcale nie wynikające z ich obojętności ale z prostych zasad zachowania w społeczeństwie, w tym konkretnym przypadku – rozmycia odpowiedzialności i nierozpoznawalności pomiędzy ofiarą a świadkami. Opis podobnych zdarzeń można znaleźć w „Psychologii społecznej” Aronsona, o ile mnie skleroza nie myli. Kiedy świadków jest wielu, każdy zakłada, że inny zajmie się zorganizowaniem pomocy, a w istocie żaden z nich nie ma powiązań z ofiarą, które skłoniły by do reakcji. Zabawne, że w tej sytuacji zazwyczaj wystarczy wskazać konkretną osobę, którą się prosi o pomoc, ale oczywiście warunkiem tego jest, że jako ofiara jest sie jeszcze przytomnym. Swoją drogą – wśród obcych nie należy pytać „czy ktoś mógłby pomóc”, tylko zwrócić się do konkretnej osoby, pan w niebieskiej kurtce jest mniej anonimowy niż „ktoś” ;)

W każdym razie świeża sprawa przypomniała mi to ciekawe zjawisko i zaczęłam się zastanawiać nad jego możliwymi korzeniami. Człowiek w skali swojego istnienia jako rasa, stosunkowo krótko mieszka w wielkich metropoliach, gdzie większość mijanych ludzi jest dla siebie anonimowa. Jak dotąd nasz gatunek żył w małych zbiorowiskach, gdzie każda osoba była łatwo identyfikowalna. Jak już zaczeliśmy tworzyć miasta – nadal jednostka pozostawała w obrębie swojego klanu rodzinnego, lub cechowego. Funkcjonował czytelny podział „my” i „oni”, jeśli dana osoba pasowała do kręgu „my”, to świadkowie wydarzenia byli rozpoznawali i rozpoznawalny był ten, który w danym momencie uchodził za przywódcę, a więc osobę odpowiedzialną za organizację pomocy. Jeśli ofiara przynależała do „onych” nie było powodu ryzykować pomagania jej, a nawet jeśli – to nadal jeśli znalazła się wśród konkretnej grupy, to ta grupa wiedziała od kogo oczekiwać decyzji. Jednak nasze warunki życia zmieniają się radykalnie – obecnie altruizm ograniczony do własnej grupy przestaje być wystarczający dla gatunku. Coraz trudniej też mówić o włączającej sie w kwestie pomocy zasadzie wzajemności – w współczesnym świecie mogę nigdy więcej nie spotkać osoby, która mi pomogła, ani osoby, której sama pomogłam, a jednak pomaganie sobie nawzajem nie przestało być niezbędne. W tysiącach przypadkowych, nieprzewidywalnych sytuacji nie jesteśmy samowystarczalni. Zmiany podświadomych społecznych reakcji są zdecydowanie wolniejsze niż zmiany warunków życia człowieka. Czy da się „wytrenować” w większości ludzi reakcje zakładające osobistą odpowiedzialność w tłumie?

Artykuł z Wyborczej – „Ja tylko patrzyłem” V klasa chodziła do staruszki na działki coby sobie w nią dla rozrywki porzucać cegłami, powyzywać. Ciekawa rozrywka? Nikt nie zgłosił tego dorosłym. Sprawa przypadkowo zauważona wywołała ostrą reakcję dyrektorki. Całej grupie „wzorowych” uczniów obniżono zachowanie. Czy słusznie? Część rodziców twierdzi, że nie – bo przecież ich pociechy cały rok grzecznie nosiły kapcie i nie spóźniały się na lekcje – a więc były wzorowe. Jak widać niewielkie mają wymagania względem swych pociech, skoro noszenie kapci wystarcza do bycia wzorowym.

Dzieci potrafią być okrutne, okrutne w pozornie bezmyślny sposób, bo najczęściej zwielokrotniają emocje i reakcje zaobserwowane u dorosłych. Te dzieci pokazały jakie emocje względem starych i pewnie bezdomnych mają ich rodzice. Gdyby nie reakcja dyrektorki – taka wersja emocji by się im zakodowała. Stary nie jest częścią „my”, stary należy do „onych”, ale większość z nas kiedyś będzie stara. Czy to się młodym podoba, czy nie, starość w coraz większym stopniu będzie stawać się elementem społecznej rzeczywistości.
Dochodzi jeszcze jedna sprawa – część dzieci próbowała protestować, ale bała się prowodyrów. To całkowicie naturalna reakcja, wybór „mniejszego zła”. Jednak kolejna rzecz, którą wymusza życie w dużej społeczności jest umiejętność zbuntowania się wobec lokalnego prowodyra dla osiągnięcia „wyższego dobra”. W tym wypadku dzieciom pokazano, że – uniknąłeś konieczności „poskarżenia się” i poczucia się nielojalnym wobec kolegi, ale kosztem tego była strata twoja i całej grupy. Moim zdaniem pokazano słusznie, jedyne co budzi moją wątpliwość to czy pokazano im też drogę reakcji? Bo nie należy oczekiwać, że ktoś rzuci się z pięściami na silniejszego i nie o to chodzi. Czy jednak te dzieci wiedziały do kogo się zgłosić o pomoc? Czy jako dorośli będą w stanie szukać siły czy instytucji, która zareaguje?

I tak doszłam do tego, że mimo wychowania i dobrych chęci człowiek nie pomaga innym, bo nie potrafi. A puenta? Nie ma, no chyba że taka – starajmy się jednak sobie pomagać… to pomaga :)

Leave a Reply »»