Festiwal im Kofty raz jeszcze

… czyli kilka moich luźnych spostrzeżeń.

Brak jawnych wytycznych co do zasad oceniania wywołał u mnie refleksje, że bardzo trudno jest porównać i różne gatunki muzyki, i różne wykonania – od tych z pełnym zespołem, po akompaniament z płyty, no i różny stopień zaangażowania w twórczość. Finalne komentarze wskazywały, że oceniano też wartość tekstów, jednak nie wszyscy wykonywali swoje autorskie utwory.

Zastanawiałam się na tym jak trudno przy pierwszym i jedynym wysłuchaniu piosenki ocenić jej wartość i tak z ciekawości zaczęłam szukać danych o wykonawcach i jurorach. Wyniki nieco mnie rozbawiły – spora część wykonawców i większość jurorów powtarza się na różnego rodzaju konkursach piosenki w Warszawie i okolicy, a więc nie było to ich pierwsze spotkanie, a pewnie i nie ostatnie ;) . Szkoda, że te konkursy i konkursiki w sumie są bardzo słabo promowane. Mimo że mieszkam niedaleko od miejsca, gdzie odbywał się akurat ten, to gdyby nie Magda, nie dowiedziałabym się o nim. A wystarczyłoby trochę plakatów czy ulotek w okolicy. Szkoda tym bardziej, że niektórzy wykonawcy byli interesujący i chętnie posłuchałabym raz jeszcze.
Tematem przewodnim była wolność, od siebie dodałabym, że powinna być też szczerość – szczerość wykonania. Jeśli to nie jest disco i nie dąży się do kariery poprzez eksponowanie fajnego biustu, długich nóg i efektownego tańca, to szczerość w piosence jest ważna. Nie wydaje mi się, żeby piosenka była dobrą formułą dla prezentowania reportaży z wojny, zwłaszcza jeśli nie są to własne przeżycia. Dlatego też z całym szacunkiem – niewidoma osoba śpiewająca o wojnie w Bośni wypada żenująco, mimo dobrego głosu i umiejętności gry. Nie wątpię, że niejedno mogłaby powiedzieć o ograniczeniach wolności, ale litości – tragedii Bośni ona nie widziała i nie zobaczy. Brutalne, ale prawdziwe. Żenująco wypada też osoba wygłaszająca swoje wiersze o II wojnie, skoro z pewnością urodziła się kilkadziesiąt lat po. W dodatku wiersze pozbawione znajomości realiów – proponuję, żeby zanim zacznie pisać kolejny, spróbowała włożyć do plecaka maszynę do szycia – marki singier, takie jakie były popularne wówczas – ze stojakiem, pedałem i całym ustrojstwem. Ooops, nie da się? Ano nie da się, wiem, bo mi taka przedwojenna maszyna służy za stół. Ani samej ani tym bardziej z dzieckiem do pary nie da się jej włożyć do plecaka.

Z koncertu finałowego wyszłam nucąc sobie

„…mogę być zwyczajna ludzka płotka,

ale będę wolny,

będę wolny,

będę wolny od środka

i gówno mi zrobisz…”

Bogusław Bierwiaczonek – ma fatalną dykcję, przeciętny głos i to psuje strasznie efekt pierwszego wysłuchania, ale po drugim – ja nie mogłam się od dwu zaśpiewanych na festiwalu piosenek opędzić. Tyle, że pamięć niestety jest ulotna i mogę tylko żałować, że w żadnej formie ich nie zachowam.W każdym razie nagroda dla niego była niewątpliwie za piosenki, nie za wykonanie. No i tu właśnie wracamy do punktu wyjścia – część nagród była za artyzm wykonania, część za „zawartość”, myślę, że niektórzy wykonawcy mogli się poczuć w tym zagubieni.

One Response to Festiwal im Kofty raz jeszcze »»


Comments

  1. komentarz by Bogusław Bierwiaczonek | 2007/07/26 at 22:46:44

    W sumie nie wiem, do kogo piszę, ale forma rezenzowania podoba mi się. No i w zasadzie zgadzam się z diagnozą mojej sytuacji scenicznej. Więc, Droga Nieznajoma, może się jakoś zmailujemy i porozmawiamy? Chętnie poślę Ci też moje teksty. Może niektóre inne też Ci się spodobają…
    Pozdrawiam, B.Bierwiaczonek.


Leave a Reply »»