Wiekolposki Park Etnograficzny, czyli jak zarobić na turyście
Na płocie skansenu wita zwiedzających lista karteczek zapowiadających imprezy takie, śmakie i owakie. Potem kasa z obowiązkową wystawką pocztówek i folderów. Nic zaskakującego. No może trochę zaskakujące jest, że za fotografowanie trzeba zapłacić i nie wolno robić zdjęć we wnętrzach. Jedno i drugie trochę bez sensu w czasach gdy większość ludzi ma aparaty w telefonach i zdjęcia może robić w sposób nie zauważalny, no ale nie wymagajmy od dyrekcji skansenu myślenia zbyt nowoczesnego… Zapłaciliśmy grzecznie i za bilety i za prawo do pstrykania sobie pejzaży okolicy i idziemy dalej żądni spotkań z historią. Zamiast tego z miejsca mamy spotkanie z atakującą ze wsząd
całkiem współczesną komercją. Parasole
z reklamami z jednej strony, obok jakiś plakat z lodami, na środku stoisko z wikliną, dalej można sobie kupić szczotkę z włosia. Ojapierdolę jak mawiał jeden z moich ulubionych blogerów. Brakuje tylko baloników i kogucika na patyku.
Niezrażeni jednak tuptamy sobie grzecznie to pierwszej chałupki z brzegu. Tam zastajemy czujną panią, która bynajmniej nie siedzi w chałupce by opowiadać cokolwiek na temat historii, tylko wytrenowanym głosem żąda biletów i powtarza zakaz fotografowania. Bezsens. Jeśli tak bardzo się boją, że ktoś przemknie bez biletu to można inaczej zorganizować wejście. Zresztą turyści bardzo karnie ustawiają się w kolejce do kasy, więc problemu nie ma. Nie ma też właściwie co fotografować we wnętrzach. Odniosłam wrażenie, że zawartość chałupek została wybrana dość losowo, z pomieszaniem epok i regionów i tak o to obok jakiś starych komód z lat ‘20 stoją kredensy pomalowane farbą olejną i wyglądające na lata ‘50 ubiegłego wieku i drewniaki jak za przysłowiowego króla ćwieczka. Sceny z panią żądającą biletów przerabialiśmy po kolei w każdej z kilkunastu chałup i chyba w każdej kolejnej pani była mniej kulturalna od poprzedniczki. I tak oto zamiast zainteresowania obiektami zaczełam się zastanawiać czy te Panie dobierają specjalnie pod względem ponadprzeciętnego poziomu agresji? Albo czy potrafią swoje kwestie wygłaszczać też po angielsku? Na te kilkanaście pań, tylko jedna miała coś do powiedzenia o obiekcie, do którego ją przypisano i powinni jej medal przyznać za przetrwanie we wrogim środowisku, bo zgadnijcie jak są nastawieni ludzie, których już 10 razy wylegitymowano z biletów i zjebano za domniemane chęci robienia zdjęć. Niektóre panie wogóle nie fatygowały się by siedzieć w miejscu – zamykały chałupę na klucz i szły sobie gdzieś – jedna przytuptała widząć gromadkę turystów pod zamkniętymi drzwiami. Jakieś przepraszam? Ależ skąd, w tym skansenie turystę się zasadniczo tylko opieprza i traktuje jak potencjalnego złodzieja. Ciekawostką była też pani tkwiąca przy jednym z gospodarstw tylko po to by informować, że nie wolno go zwiedzać. Wogóle dość szybko okazuje się, że to nie skansen, ale teatr osobowości tychże pań.
Na terenie skansenu jest kilka młynów, w tym jeden murowany – to dla mnie była najciekawsza część. Moja druga połowa twierdzi, że ten młyn jest także zrekonstruowany w środku. Wierzę na słowo – mnie po spotkaniu z cerberką pilującą tej budowli odechciało się zwiedzać. A cała ta paranoja jest utrzymywana dzięki dotacji z Unii Europejskiej. Za niewątpliwie spore pieniądze jakie przeznacza się na ściganie turystów z aparatami, można by tu odtworzyć całe środowisko wejskie łącznie z ogródkami (rosną w nich samosiejki i ogólnie wygląda to fatalnie), kuramii i innym tałatajstwiem. Na marginesie – warszawskie
zoo od jakiegoś czasu ma dla dzieci ogródek z kurami i królikami, dla większości jest to jedyny kontakt z "wiejskimi" zwierzętami. Natomiast wracając do skansenu – chodują w nim owce. Jakoś owce mi się z tym terenem niespecjalnie kojarzą i nie rozumiem dlaczego tak. Żadnej informacji nie ma czemuż te owce akurat tu. No poprostu są i już.
Jest też dwór – jak ładnie napisano na stronie muzeum " parter dworu udostępniony jest zwiedzającym, gdzie zaaranżowano wystrój wnętrz ukazujący poziom życia przeciętnej rodziny ziemiańskiej w okresie międzywojennym. " Przeciętna rodzina ziemiańska miała fortepian, za to nie miała ani kuchni, ani pralni, ani żadnych pomieszczeń gospodarczych. Dodatkowo na budynkach dworskich można podziwiać piękną kolekcję anten satelitarnych. Rozumiem, że budynki służą dyrekcji muzeum, ale skoro to jest skansen, to wypadałoby zachować choćby minimum stylu.
Aha, na koniec może jakiś pozytyw, a tak – żurek w chlebie w skansenowej karczmie jest dobry, ale to nie zasługa dyrekcji zapewne. Ogólnie – szkoda nerwów, czasu i 10 zł (plus 4 za zdjęcia) na zwiedzanie tej atrakcji, chyba że chce się zobaczyć tak zwany "mały skansen" na Ostrowie Lednickim, oddalony jakiś kilometr od dużego. Ciekawsza i przyjemniejsza część. Pewnie ze względu na brak chałup przy których można by ustawić Panie pilnujące. Co prawda i tak zaliczyłam pouczenie od Pani w efekcie zbliżenia się z aparatem w pobliże wystawy (dwie szpilki i informacja "obiekt wypożyczony"). Ostrów Lednicki to dawny gród. Warto
przed pójsciem do skansenu obejrzeć po drodze wystawę z makietami obiektów, potem fajnie jest sobie powyobrażać jak to mogło wyglądać patrząc na kamienne fundamenty. Mnie zafascynowało to, że wyspa była połączona mostami ze stałym lądem – obrazują to dobrze umieszczone tabliczki informacyjne. Fakt, że mieli środki na zbudowanie tak potężnych mostów chyba świadczy o randze rodu. No i można się zamyślić jak bardzo inaczej wyglądała wówczas organizacja terytorialna – dziś to jest bezużyteczna, zabagniona wyspa. Ruiny odkryto w okresie międzywojennym, wcześniej nikt nie odczuwał potrzeby łażenia po tym terenie.
Posted by By: tryt |
