Skanseny
Tytułem wstępu – ciekawi mnie historia, ale w muzeach po chwilowym zaciekawieniu włącza mi się tryb ziewania mniej więcej po trzecim eksponacie. Trzeba być fascynatem żeby spędzać godziny na oglądaniu dziurawych skorupek posegregowanych w gablotach. Co innego zachowane zabytyki architektury czy odsłonięte stanowiska archeologiczne, gdzie pokazana jest pewna całość. Przy odrobinie wyobraźni (a pochebiam sobie, że mam takową) można stworzyć sobie obraz życia w innych warunkach niż te, w które my trafiliśmy. Czasem warto wyrwać się z "tu i teraz", choćby dla zachowania elastyczności własnych postaw. Naprawdę nie warto żyć tak jak osoba, z którą kiedyś zdarzyło mi się zetknąć – dostajaca histerii jeśli nie mogła się wykąpać dwa razy dziennie, co w pewnym momencie poskutkowało kompielą w lodowatej wodzie i przykrymi konsekwencjami zdrowotnymi. Naprawdę czasem zdrowiej jest pamiętać, że kiedyś łazienek w domach nie było, a myto w miskach głównie buźki, za to pod łóżkiem stał inny niezbędnik – nocnik, co ładnie widać na jednym ze zdjęć z skansenu pod Łowiczem, które już małżonek umieścił.
No więc do rzeczy właściwej – tym razem w ramach poznawania historii zahaczyliśmy o dwa skanseny. Jeden z nich to Skansen w Maurzycach pod Łowiczem. Cacko pod względem dbałości o szczegóły wizualne. Mnie
rozczulił widok koperku pod jednym z domów i zadbane, wypielone przydomowe ogródki. A we wnętrzach – ubrania "suszące" się na sznurku, czosnek, kubeczki…
Patrząc dookoła można się poczuć rzeczywicie jak w trakcie podróży w czasie.
Wieś dookoła, nie brakuje ani wiatraka ani bocianego gniazda.
Jest także stara studnia z żurawiem.
A czego nie ma? Nie ma współczesności. Nie ma parasoli z reklamami. Nawet "techniczna"
część muzeum jest dobrze zamaskowana – na zdjęciu budynek dyrekcji i działajaca karczma – jedno i drugie w autentycznych budynkach wiejskich.
Aczkolwiek – odrobinę dezorientujące jest to, że budynki są z różnych okresów. Niektóre trochę "na zapas", jak stodoła wzniesiona w 2005 roku na wzór tego jak stodoły jeszcze obecnie teraz się buduje. Są też stodoły z lat 60 czy 70′ XX wieku – dla mnie żadna sensacja, ale faktycznie za lat kilka drewniane stodoły całkiem zanikną. Zresztą wnętrza budynków są o ile się zorientowałam, stylistycznie dopasowane do okresu pochodzenia budynku, więc poprostu trzeba czytać tabliczki z opisami (ach, jak ja tego nie lubię…) i wszystko jest w porządku
Wadą jak dla mnie jest brak dbałości o szczegóły techniczne – młyn jest zrekonstruowany właściwie tylko na zewnątrz, wnętrze nie jest funkcjonalne. Podobnie z piecami i kominami w domach, ale i tak – wykonano gigantyczną pracę, a przede wszystkim – widać w tym skansenie pasję osób prowadzących, bo nie oszukujmy się – utrzymanie łowickich wycinanek w oknach w stanie w miarę czystym nie jest proste.
Jak już pooglądało się wycinanki można skorzystać z autentycznej latryny (wyboru nie ma, nie ma (na szczęście!) toitoiki), albo pooglądać kolekcję wozów straży pożarnej, poczynając od pomalowanego na czerwono wozu drabiniastego, aż po dość współczesny model z drabiną wysuwaną.
W całym skansenie widać pasję kierownictwa. Pasję za niekoniecznie duże pieniądze. Skansen praktycznie nie ma kasy. Rolę kasy pełni jeden wędrowny pan z ochrony. Nie poluje na zwiedzających. Jak się natknie na nowych podchodzi z uśmiechem. Widząc, jak szukamy drobnych stwierdził, że jak nie znajdziemy to trudno, bo nie każdy akurat ma te 5 zł.
Całkiem inne podejście ma skansen zwany Wielkopolskim Parkiem Etnograficznym, gdzie zwiedzający traktowany jest jak potencjalny złodziej (złodziej widoków?), ale o tym będzie następnym razem
Posted by By: tryt |
